bo ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru szum w uchu
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Zakładki:
BE FREE
BRANŻA
DIZAJN, FASZON, LAJFSTAIL
DO IT IN WARSAW
JAJNIKI, MOCY NADAJNIKI
KUKING
MAJSPEJS
RYSU RYSU
TOWARZYSTWO BLOGOWEJ ADORACJI
free counters
RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010
PIOSENKA KORPORACYJNA

Rozpętala się internetowa afera w sprawie piosenki korporacyjnej Auchan. Ludzie nie mogą się nadziwić nad zaawansowaniem w obciachu, martwią się wykorzystywaniem pracowików, prawami autorskimi do piosenki Majkela. Spanikowany dział Pr hipermarketu, wysyła rozpaczliwe pogróżki w stronę globalnej wioski z żądaniem wyczyszczenia internetu. Oglądamy z Fiołkiem rzeczony filmik, co jakiś czas wzdychając - o matko, o jejku, o nie, itp. Kiedy po zakończeniu wygłaszam moralizatorską mowę, Fiołek mi przerywa:

- Kochanie, przecież Ty też pisałaś korporacyjne piosenki?

I rzeczywiście, przypominam sobie. Był pewien bank, który się uparł na jublieuszowy song pod muzykę ABBY, i jeszcze paru klientów zafiksowanych na zbiorowe muzyczne wzruszenie, które zjednoczyłoby pracowników, umocnilo brand loyalty, zatarło niesmak po małych premiach, pozwoliło uwierzyć, że jesteśmy rodziną...

- Pani Basiu, a my poprosimy w momencie finałowym gali, żeby z głośników polecialo "We are the champions" wie pani, Queenów, a pani by napisała jakiś zgrabny tekścik do niej z okazji naszego dwudziestolecia.

Na nic się zdawało tłumaczenie, że za muzykę należało by zapłacić, bo przecież kamery można wyłączyć, nikt się nie dowie... Mam nadzieję, że afera z Auchan, przyblokuje na jakiś czas przynajmniej marzenia o korporacyjnej piosence.

15:36, basiastar
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 lutego 2010
AUTOCELEBRYTYZM

2 dzień w pracy, 3 korporacyjna kawa. Na kuchennych półkach korporacyjny standart - zgrzewka mleka "łaciate" i paleta kawy jacobs czyli wątpliwe smaczna kwaśna przyjemność. Patrzę nostalgicznie na słońce za oknem, kiedy do kuchni wchodzi dziewczyna o marchewkowych włosach.

- Cześć - mówi - co tu robisz?

- Wpadłam na kawę - odpowiadam - no i pracuje w dziale...

- Wiem, wiem - przerywa mi - znam cię, czytam twojego bloga.

(!?!?!?!?!?)

Moja sława, mnie wyprzedza. Jestem celebrytem.

18:24, basiastar
Link Komentarze (11) »
wtorek, 02 lutego 2010
SPOTKAŁAM DZIŚ BATMANA

Serio, serio. Mieszka w Warszawie, chadza ulicami incognito, wygląda niepozornie, ale ma doskonałe poczucie humoru i piękny uśmiech. Poznałam go zupełnie niespodziewanie, ale od początku.

Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie pewna firma, a właściwie pewien prezes zainteresowany moim pisu pisu. Po wymianie niezbędnych informacji na temat "targetów", "briefów" i "taglineów", doszliśmy do wniosku, że jesteśmy sobą zainteresowani zawodowo i należało by się spotkać by ustalić szczegóły naszej ewentualnej współpracy:

- Proponuje wtorek o 13 w okolicach pl Trzech Krzyży - pisze pan prezes.

- Jak duże okolice ma Pan na myśli i po czym Pana poznam? - odpowiadam błyskotliwie.

- Bezposrednie :) Dla łatwego rozpoznania mogę być w stroju Batmana.

- To ja się przebiorę za catwoman. Zawsze o tym marzyłam:)

- Gdybym w ostatniej chwili zmienił zdanie i wybrał look Jokera, to proszę się nie bać i śmiało podchodzić.

Podeszłam. Czarna marynarka i koszula w paski.

- Superbohater? - pytam dla pewności.

- Tak, to kamuflarz - pokazuje na ubranie - nie chcę by mnie ktoś rozpoznał.

Trzeba zachować ostrożność, wrogowie czają się na każdym kroku, a my przecież walczymy by Polskę podnieść z kryzysu gospodarczego.

16:58, basiastar
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
DOŁĄCZAM DO NACZELNYCH

Żegnaj szara dresowa bluzo i trampki, witajcie korporacyjne tfu koszule i wysokie obcasy. Idę poprowadzić pewien magazyn dla ludzi, którzy nie wiedzą co z kasą zrobić. Ja tam wiem, więc im powiem:)

17:31, basiastar
Link Komentarze (15) »
sobota, 30 stycznia 2010
MATKA ZŁA, OJCIEC ZŁY, WSZYSCY ŹLI!

Cierpienie wydobyte na zewnątrz staje się faktem kulturowym, wiele osób może się w nim przejrzeć. Tak też się stało z moim artykułem o chorobie mamy opublikowanym na łamach "Charakterów". Właśnie odpisuję poruszonej czytelniczce z ... Nowego Yorku. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie mi dane odkrywać pisaniem prawdę o sobie, człowieku, o nas.

Każda z nowych rodzimych produkcji filmowych reklamuje się jako nadzieja polskiego kina. I za każdym razem widz wierzy w to naiwnie, zapominając, że najczęsciej z kina wychodzi z wysoko postawionym kolnierzem, który ma ukryć wstyd, że znów sie nabrał. Wierząc w super recenzje, z entuzjazmem zabrałam się za oglądanie "Domu złego". Niby trzyma w napięciu, sprawnie jest poprowadzony, grze aktorkiej trudno coś zarzucić. Jednak dawka brzydoty, ohydy, turpizmu, która kondensuje w sobie całe te szarobure egzystencjalne szambo, do którego weszliśmy kinem tuż po wojnie, jest trudna do przełknięcia. Jest więc na zmianę - pierdzenie, chlanie wódy przez każdego z bohaterów po kolei (sorry, może ksiądz nie pociąga jako jedyny), rzyganie, sranie no i w końcu ruchanie. Czy ktoś z Was widział w polskim kinie miłość? Pomijając trwający 120 product placement typu "zawsze nie mów nigdy", "płacz i tańcz", w którym grają gwiazdy programu "Rodząc na lodzie". Nie. Sex u nas uprawia się na kopcu gnojówki. Rozumiem, że wojny i komuna wybiły inteligencje, ale ja już mam dosyć oglądania chlewni. I po raz kolejny obiecuje sobie, że więcej się polskim kinem nie zmęcze. Na jak długo zobaczymy.

21:25, basiastar
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 stycznia 2010
NO BIJĄ SIĘ O MNIE, KURCZE

Rok Bawoła poganiany przeze mnie, wycofuje się kościstym zadem do tyłu. Zafundowal mi mnóstwo zawirowań w życiu prywatnym i zawodowym, z premedytacją podkopywał mój zapał i podkradał nadzieję. Ale. Pies z nim tańcował! Teraz wyglądam z niecierpliwością Tygrysa, który w lutym ma przejąć stery chińskiego horoskopu. Jak mówią prognozy - Basica Tygrysica ruszy wtedy z kopyta. Już w grudniu się polepszyło. Najpierw zlecenia na pisu pisu, a teraz, i jak tu nie wierzyć w gwiazdy - dwie propozycje pracy na etacie redakcyjnym. Jedna padła o 12.00, druga o 18.15 w dniu dzisiejszym. I teraz co? Rybki czy akwarium?

Parę dni temu poznałam Hannę Samson. Rozmawiałyśmy, choć miałam wrażenie, że jej serdeczność była lustrem mnie samej. Mam nadzieję na następne spotkania i ciekawe tematy.

A i jeszcze zabawny mail od Ojca.

"Moje wizyty w Polsce są obecnie ograniczone z powodu zdrowia. Może poświęcisz trochę czasu babci, mimo, że będziesz b. zajęta pracą. Jak się chce, to zawsze można. Liczę na Ciebie" - pisze. Potem coś o Holly, a potem zapominając co napisał przed tem, wybucha entuzjazmem - "a wiesz, że w najbliższy weekend jedziemy w głąb Anglii na wystepy rock'owe dinozaurow, m. in. Animals!!!?"

Od rodziców jednak zawsze się można czegoś nauczyć - np bezkompromisowości w pozycjonowaniu swoich priorytetów:)

21:23, basiastar
Link Komentarze (4) »
środa, 27 stycznia 2010
POCHWAŁA CODZIENNOŚCI

Dzień mija za dniem. Ciemne poranki, krótkie zabielone śniegiem dni, wieczory schowane pod ciepłą kołdrą. Biegam z jednego miejsca do drugiego, a właściwie przeskakuje jak w trójskoku. Pierwszy krok - odbicie z jednej nogi w progu ciepłego domu, drugi - lądowanie na trzeszczącej mrozem tafli zewnętrza, trzeci - lądowanie obunóż w miejscu docelowym. Świat obudował się zimną, niedostępną szklaną taflą.

A mi w środku bardzo ciepło. Serce oplotły fiołkowe pędy, które trzymają je w mocnym, czułym uścisku. Codzienność, która kiedyś wydawała się nijaka, dzisiaj jest świętością. Witam ją codziennie z uśmiechem i zasypiam w jej troskliwych objęciach. Zapomniałam juz nawet, że kiedyś dokuczało mi nienasycenie.

16:06, basiastar
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
BABY BOOM!

No rodzą i rodzą. Wczoraj chłopca o imieniu Antek powiła Promyczkowa, parę dni temu moja siostra Kasia drobniutką, śniadą Zosię. Reszta też. Poczyna, zapładnia, ciążuje, rodzi, albo wychowuje. Na "naszą klasę" już przestałam wchodzić. Gubię się w tej ilości nowych obywateli, ktorzy wzieli początek z moich znajomych. Jednym słowem otacza mnie baby boom.

Tak jak na samą myśl o robieniu dzieci robi mi się błogo, ciąża też maluje mi się transcendentnym uczuciem wyjątkowej symbiozy z drugim człowiekiem, tak na dalsze etapy nie starcza mi specjalnie wyobraźni. Niedawno postanowiłam skorzystać z okazji i dopytać się o szczegóły rodzicielskiego weterana, jakim jest As.

- Wiesz wokół mnie baby boom - zwierzyłam się - co skłania mnie do refleksji nad tematem. Czy wszyscy powinniśmy wykorzystać tą narzuconą nam biologiczną możliwość, czy to jest takie rewelacyjne? Co na to mówi ojciec dwójki uroczych dziewczynek. Właśnie, nie przymierzasz się do syna?

- A co mam próbować aż do skutku? - sapnął - Baby boom mówisz. No ja mam permanentny baby boom. 24 godziny na dobę - podsumował - a ty przypadkiem nie szukasz dawcy?

I tu skończyła się nasza dyskusja, tyle się dowiedziałam:)

21:11, basiastar
Link Komentarze (7) »
niedziela, 24 stycznia 2010
PODWYŻSZONY PRZYROST NATURALNY Z SERIALEM MAJKA

Według ostatniej z zimowych, sezonowych warszawskich urban legend, zataczającej coraz szersze kręgi (mówili nawet w radiu PIN) jutro ma być - 65, a niektórzy nawet twierdzą, że - 80. Podobno też pod wpływem utrzymujących się mrozów, znacznie zwiększymy przyrost naturalny w tym roku.

Przez ostatnie dni nie sprawdzałam temperatur organoleptycznie, bo zakopałam się z robotą w miłą kołdrową otulinę domową. Wychyliłam nos dziś - bo podobno takie wysokie mrozy oczyszczają organizm, orzeźwiają, myśl staje się bystra i lotna, a cały zabieg dodaje zdrowia niczym prawdziwa krioterapia. Żeby wzmocnić doznania zawędrowałam aż nad skuty lodem Zalew Zegrzyński. W drodze samochodem z zimna trzęsła się nawet Masala. Ale szok nastąpił dopiero, kiedy opuściliśmy zagrzane auto. Z oczu pociekły łzy zamarzając w twarde sople, obieliły się nozdrza, cżłonki zesztywniały. Słońce dawało jednak złudzenie, że może być naprawdę przemiło, więc wszyscy ruszyliśmy śmiało na spotkanie z zamarzniętym akwenem.

i na tych zdjeciach proszę zwrócić na fantastyczną sylwetkę Masali, która zachowuje optymizm i wigor w każdej temperaturze, każdych warunkach, każdej sytuacji:)

Oprócz spacerowiczów sprawdzających grubość lodu na zalewie, było też towarzystwo zmotoryzowane - tu pan zapuścił śmigiełko na pleckach...

i już za chwilę uniósł się w przestworza.

 

i jeszcze my, a właściwie Fiołek, by mógł sam na siebie popatrzeć

***

Mojej siostrze ciotecznej urodziła się prześliczna dziewczynka. Moja mama żyje tym wydarzeniem 24 godziny na dobę. Rozmawiamy przez telefon.

- To idziesz dziś pewnie odwiedzić Kasię? - pytam.

- Nie, nie, nie. Godzina mi nie pasuje - stanowczo zaprzecza mama.

- Jak to? - pytam zdzwiona, bo moja mama, nie należy do osób z napiętym grafikiem spraw i obowiązków.

- No wiesz, "Majka" jest o tej porze w telewizji - żyję w błogiej nieświadomości medialnej, ale ten tytuł gdzieś mignął mi na plakatach o powierzchni małego mieszkania, które z reguły się wiesza na blokach mieszkalnych, odcinając tym samym mieszkańców od światła dziennego.

- Ty wiesz, że ona poszła zrobić cytologię, a tam, w takiej prywatnej lecznicy, pomylili próbówki i ją, wyobraż sobie, zapłodnili in vitro?! - dyszy podniecona mama - myślisz, że to możliwe?

Nie wiem, co powiedzieć. Polscy scenarzyści biją mnie na głowę wyobraźnią. Szukam w guglach co to za afera z tym serialem, znaduję informację, że jest to format wenezuelski, pt "Juana la virgen", o tym jak dziewica zachodzi omyłkowo w ciąże, a potem jej szef okazuje się dawcą. Jezus maria, przecież taka historia skierowana do polskiego masowego odbiorcy, może być "brzemienna" w skutki. Zresztą "Super expres" pisze:

"takie przedstawienie tematu badań cytologicznych będzie miało fatalne skutki na społeczne postrzeganie problemu. Tym bardziej, że Polki wciąż nieczęsto i niechętnie pojawiają się na badaniach profilaktycznych. Okazuje się, że producenci nie mogli odstąpić od oryginalnej wersji scenariusza z powodu wymogów licencyjnych".

i jeszcze znaleziony komentarz jednego z internautów:

"po dwóch tysiącach lat i to w naszym katolickim kraju przydarzyło się NIEPOKALANE POCZĘCIE !!!!!" (i to potwierdzone medycznie).

Już się pogubiłam. Czy ktoś to ogląda i wytłumaczy mi, o co w tym wszystkim chodzi?

16:04, basiastar
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 stycznia 2010
ŻENIA WE WRÓŻCE

W lutowej "Wróżce" obok wielu ciekawych artykułów znalazł się i mój- PORT MITYCZNY ODESSA". Własciwie jest to opowieść o Żeni, lokalnym patriocie, aktorze, reżyserze, performerze, artyście o wielkim sercu, który o miłości mówi - to nie kartoszka, nie wyrzucisz jej za okno. Udało mi się nawet przemycić do tego zacnego miesięcznika śmiałe porównanie Odessy do ekskluzywnej dziwki, która się tanio nie sprzedaje.

I sam Żenia podczas tworzenia wyjątkowego obiektu - zamiast klawiszy z cyferkami - instaluje rączki lalek. Nie mam pomysłu, co artysta miał na mysli. Muszę go spytać.

 Okładki Wróżki i generalnie szata graficzna tego miesięcznika mnie zachwyca rozmachem i romantyzmem. Warto to zobaczyć naprawdę!

18:09, basiastar
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 stycznia 2010
NIE MAJĄC W KIM MIESZKAĆ

Sięgnęłam po prezent urodzinowy, książkę Kuczoka - "Senność". No cóż, czyta się świetnie, Kuczok macha piórem jak należy, tylko z polską literatura mam podobny problem co z polskim kinem. Zgagę i przygnębienie po spożyciu. Oto bohaterowie książki - Robert, Róża i Adam - cierpią na tę samą chorobę: samotność. Bo "Ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach (...), depresja to nic innego jak bezdomność, na depresję cierpią ludzie, którzy nie mają w kim mieszkać".

Z tego niby ta senność, bo wszyscy obracają się w jakiejś matni rzeczywistości, planując wydostanie się z niej, męcząc się okrutnie. Tkwią w jakiś syfiastych związkach, gdzie wszyscy robią sobie krzywdę. Najbardziej przygnębiającym modelem jest związek aktorki, która co jakiś czas z nerwów robi sobie przerwę w rzeczywistości narkolepsją - podczas to której jej mąż rżnie kochankę w pokoju obok, ewentualnie wyjeżdża na miasto swoim jeepem w poszukiwaniu płatnej miłości.

"Róża wie, że nie ma nic bardziej przygnębiającego dla człowieka niż przywyknąć do bycia niedokochanym, wziąć to za stan naturalny, oczywisty, za regułę potwierdzaną czasem wyjątkami. Bywa, że trzeba wtedy każdego poranka przekonywać się do sensowności rzeczy najprostszych.Niekochanym niewiele się przytrafia, ich nieżywe życia porastają pleśnią, ich dusze się duszą".

Kto z nas nie zna tych pustych godzin obok siebie, nie z sobą. Tego spojrzenia, które ucieka gdzieś w bok, niebyt, marzenia, które nas nie dotyczą, tych zamkniętych oczu podczas seksu, które zamykają się z trzaskiem przed nami w tym pozornie intymnym momencie? Tego ukłucia bólu, kiedy pojawia się coraz więcej wątpliwości zamiast zaufania. Pamiętam rozmowę z koleżanką, która podejrzewała swojego meżczyznę o zdradę. Najpierw się zryczała, potem nawaliła, a na koniec kiedy się jako tako uspokoiła, spojrzała na mnie trzeźwo i powiedziała:

- Co tam zdrada, co ja nie przeżyje tego? Gorsze rzeczy przeżyłam. Wiesz co jest najgorsze? To, że jak ktoś przestaje cię kochać, ty przyłączasz się do niego. Porzucasz siebie samą.

Dla mnie książka powinna nosić tytuł "Pleśnienie". To stan w którym nie należy trwać, bo przyzwyczajenie, sentymenty, bo coś tam. Pierwsze pajęczyny należy zerwać i jak najdalej wiać. Do siebie.

20:06, basiastar
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
TRZYDZIESTOLATKI. ZAPYTAJ OJCA, ZAPYTAJ MATKI, JAKIE SIE WTEDY MA SNY

Libera przygląda się wizerunkom i scenariuszom naszych ról płciowych pisanych przez nas samych, przez media, przez społeczeństwo, analizuje je i wyśmiewa. Karykatyzuje męskie obsesje na temat długości penisa, budując Uniwersal Penis Expander - urządzonko, które wydłuża przyrodzenie nawet do 100 cm.

 

Na wystawie retrospektywnej w Zachęcie można zobaczyć najsłynniejsze prace Zbigniewa Libery - LEGO. Obóz koncentracyjny, lalki "możesz ogolić dzidziusia", czy film "jak tresuje się dziewczynki" o indoktrynacji płciowej. Do odwiedzenia do 7 lutego, warto.

Styczeń rozpędził się już pełna parą, jednocześnie inaugurując ostatni mój rok bycia dwudziestolatką. Wystartowały też równoległe berzdej partis kolegów, którzy urodzili się parę miesięcy wcześniej. W piątek piłam zdrowie Pawcia i Czubaka w małym klubie, w burdelowym zagłębiu warszawy. Podczas kiedy koledzy osiągali euforyczne wręcz stany na parkiecie, ja zastanawiałam sie nad sesją zdjęciową, którą zaplanowałam sobie na ten rok. W tej sesji występuje ja. Nago. Fotograf już zainspirowany, muszę się tylko zastanowić jaką przyjąć konwencję. Bardziej w stronę Lachapelle czy Nan Goldin?

foto Mike666

21:18, basiastar
Link Komentarze (9) »
sobota, 16 stycznia 2010
POLSKIE ĆMY BAROWE

Co jakiś czas sięgam po alkoholowe lektury. Lubię i rozumiem. Odpowiada mi czasami ten rodzaj radosnej autodestrukcji, pomieszanej z rezygnacją i zatraceniem się. Kiedyś zaczytywałam się w Charlsie Bukowskim, ale po 4 czy 5 książkach, gdzie Chinaski cały  czas kombinuje skąd wziąć na motel i łiski, w przerwach obserwując kobiety, które oglądając telewizję puszczają bąka a potem zaczynają się onanizować, miałam lekki przesyt. Choć opowiadania o wetkniętych czerwonych szpilkach w dupę znanego pisarza, przechowywaniu ludzkich poćwiartowanych na obiad zwłok zawsze mnie elektryzowały.

Rozumiem tą nieznośną lekkość bytu, której czasami należy dodać grawitacji procentami, melancholijną pogodę, którą najlepiej spędzić za barem, tęsknotę i żal, które stają się takie romantyczne po kieliszku. Niedawno sięgnęłam więc po Pilcha, który na pisaniu i piciu robi dobre pieniądze. Książka "Pod mocnym aniołem" na dłuższą metę okazała się jednak zbyt kokieteryjnie kabotyńska, a autor dosyć namolny w budowaniu swojego wizerunku romantycznego alkoholika. O wiele więcej radości przyniosła mi lektura Świetlickiego. "Jedenaście" to ubrana w płaszczyk kryminału powieść refleksyjna o zmieniającej się Polsce, poczuciu alienacji w nowej rzeczywistości (o nie, tu też są ci nowi ludzie, zaraz wyjmą swoje ajpody, ajfony i zaczną sobie robić zdjęcia!)pełna zjadliwego komentarza obyczajowego no i ma sie rozumieć - picia. Mistrz (główny bohater, alter ego Świetlickiego) czas spędza głównie na siedzeniu w krakowskich knajpach, myśleniu i spacerowaniu ze swoją bokserką. Czasami zawija do swojego zapuszczonego mieszkania, po to by skonsultować z psem swoje plany: to ja jeszcze wyjdę na chwileczkę napić sie czegoś. To książka z gatunku tych wciągających - od pierwszej strony czyta sie ją w metrze, w swetrze i w tramwaju. Polecam.

 

***

Skrobie coś na kompie, pisu pisu. Fiołek skotłowany pod kołdrą ogląda swoje ulubione filmy sajensfikszon. Co jakiś czas dobiegają mnie różne odgłosy, tak że spokojnie potrafię sobie wyobrazić fabułę:

- Help, help! - drze się damski głos, za chwilę słychać jakiś zwierzęcy ryk, potem szast, chlust, ewidentnie ktoś komuś coś obciął, damski głos odzywa się - fenkju, jo maj hiroł! Potem znów wrzask, chlastanie nożem, tłuczone szyby, rozciapane mięso.

- Hm... - zastanawia się F. - może faktycznie na moje nastawienie do życia mają wpływ filmy, które oglądam... Może stąd ten pesymizm i brak motywacji?

- Może trochę za dużo tych horrorów? A jakie filmy ostatnio widziałeś?

- No np "Kostnica", "Chora dziewczyna", "Wrota piekieł", "Mroczne szczątki"?

:)

19:19, basiastar
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 stycznia 2010
NIE OPŁACA SIĘ BYĆ GRZECZNYM

Fiołek to natura ugodowa, grzeczna, skłonna do dialogu i porozumienia. Podczas gdy ja rozmawiam z Masalą używając właściwie trzech zdań na przemian:

- Masala! Idź stąd! - kiedy drobnymi kroczkami pcha się za mną wszędzie, nawet do toalety.

- Masala! Widzę cię kontem oka! Czy ty myślisz, że ja nie mam konta oka? - kiedy plącze mi się pod nogami przy każdej czynności związanej z jedzeniem.

- Masala! Zostaw to! - kiedy liże drzwi od lodówki, zjada kupy na spacerze, macza nos w kubku z kawą. I to tyle by było. Pieszczoty właściwie nie występują pomiędzy nami, ewentualnie parę zdawkowych klepnięc po pustym psim łebku na poprawę humoru.

Co innego Fiołek. Pomiędzy nimi jest bardzo rozwinięta więź. Są dla siebie czuli, wyrozumiali, empatyczni i troskliwi. Grzeczność Fiołka do Masali sięga czasami tak daleko, że aż nie chce mi się wierzyć, kiedy słyszę:

- Masalka, proszę cię, czy mogłabyś już nie wymuszać głaskania. Jestem już zmęczony, chcę teraz poczytać, zaraz pójdziemy na spacerek, ale teraz daj mi chwilkę dla siebie, będę ci wdzięczny jak pójdziesz już na swoje posłanko.

Ma się rozumieć, że pies to zlewa szerokim strumieniem i pcha się dalej na pana od głaskania. To właściwie smutne, że grzeczność się nie opłaca. Fiołek ostatnio zaparkował na chybcika pod supermarketem, wbijając się w wąziutkie miejsce pomiędzy samochodami. Specjalnie sprawdził czy pozostawił im wystarczająco miejsca do wyjazdu. Tak. Jednak kiedy wrócił zastał taką oto karteczkę wetkniętą za wycieraczkę:

"Parkuj tak chuju dalej, to gwoździe pójdą w ruch!"

19:17, basiastar
Link Komentarze (5) »
środa, 13 stycznia 2010
ASY Z NASZEJ KLASY

Wreszcie przyszła prawdziwa zima. No jest pieknie - słońce i śniegu zaspy. A my zachowujemy się jakby był stan klęski żywiołowej, a emocje które towarzyszą opowieściom o zamarznięciu szyb w samochodzie, oblodzeniu dróg czy zaspach przed domem, są równie silne co u ofiar huraganu Katrina. Zima jednak jest doskonałą wymówką, by gdzieś się spożnić czy nie dojechać.

Budzę sie rano po paru godzinach snu, kac strzaszliwy a tu trzeba lecieć na akademię, rozbierać się i pozować. Piszę do asystenta profesora naszej pracowni, że niestety nie dojadę. A on odpowiada:

- Dobrze, mróz straszliwy. Wobec tego ja też zostaje dzisiaj w łóżeczku.

Zresztą asystent to wyjątkowa postać. 36 lat, żonaty, dwie córeczki. Od skrótu As. każe się nazywać Asem. Więc co chwila ktoś krzyczy - Czy As mógłby mi zespawać tą rurkę? Asie, kiedy będzie profesor? Czy Asowi nie jest zimno, itp As ma bardzo dużo energi, dla której bezskutecznie szuka ujścia, bardzo cieszy go otoczenie studentek, bo zachował w sobie dużo z emocjonalności rozkoszniaczka nastolatka. Co by jednak nie mówić, dba o nasze humory, zabawia i rozwesela.

- Co tam u was? - pyta asystent sąsiedniej pracowni, który wpadł z krótką z wizytą.

- A no widzisz, mamy piękną modelkę... - As pokazuje na mnie - która nawet mnie chyba trochę lubi - uśmiecha się zadowolony z siebie.

- Może toleruje? To nie to samo co lubi:)  

Albo:

- O rany ale zarosłeś po tych świętach Asie - mówię do niego - jakoś tak staro z tą brodą wyglądasz. Ogól się, to ja też się ogolę - żartuje, bo właściwie, to już nie za bardzo mam co golić.

Następnego dnia As zjawia się wygolony i z nową fryzurą.

- I jak, i jak Basiu - dumnie się przede mną puszy - lepiej, młodziej wyglądam? - Krzywię się bez entuzjazmu. As robi smutną minkę - A właśnie - przypomina sobie - a ty co sobie ogoliłaś?

Kończy się niedługo semestr, dostałam propozycje do sąsiedniej pracowni na następny. Tak zaczyna się kariera, jak się dobrze zakręce, to zostanę tam do emerytury:) As przestrzega mnie przez profesorem, siwym, starszym panem, który mi zaproponował pracę.

- Uważaj Basiu bo prof. G. to straszny donżuan. Kiedyś sie tak rozpędził, że o mały włos mnie nie poderwał.

Mam jeszcze czas do zastanowienia się. Może być ciekawie:)

A to rzeczony As z prezentem gwiazdkowym - strojem ASA:)

19:02, basiastar
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 stycznia 2010
BARDZO POMOCNA EKIPA REMONTOWA

Konsekwencja się opłaca. Coś się ruszyło. Od nowego roku spływają do mnie zamówionka małe i duże. Dzisiaj odbyłam przesympatyczną rozmowę z panią prowadzącą bardzo poczytne pięć tytułów prasowych i zapowiada się współpraca. Będę się jednak jarać, jak już zobaczę swoje nazwisko w stopce. Więc póki co, głęboki oddech... i do pracy.

Parę dni temu przypomniałam sobie, że śniegu mamy tyle, by  spełnić najskrytsze dziecięce marzenia. Był już późny wieczór, kiedy wciągnęłam swój strój narciarski i zagoniłam Fiołka i Masalę na spacer na pobliski kopiec Cwela. Jako sanki miały nam służyć... plastikowe podkładki pod jedzenie zgarnięte ze stołu. Śmigneliśmy pare razy, ku uciesze mojego sześcioletniego psa, który podgryzał nas z przejęcia po łydkach. Za którymś zjazdem Fiołek wpadł w zaspę, wygrzebując się z niej z wlaśnie znalezioną komórką.

- Spylamy? - spytał. Przytaknęłam. Jest w końcu kryzys, tak czy nie?

Jednak kiedy wróciliśmy do domu, przypomniało nam się, że Fiołek x razy gubił już portfele, karty kredytowe, klucze, telefony i rozum - i zawsze znalazł się jakiś uczciwy znalazca, który zwracał drogocenne przedmioty. Może więc była to okazja by spłacić dług? Trzeba dbać o karmę, nic w przyrodzie nie ginie. Zasiedliśmy do telefonu. Na tapecie 5 dzieciaków. Łał jakaś fajna, zgrana rodzina! Albo pedofil... Wybrałam ostatni numer, mama nie odpowiadała, Krzysiek też, w końcu odebrał Rafał. Umówiliśmy się na przekazanie zguby. Od razu wzrosła nam samoocena, że tacy szlachetni, że dobrze robimy. Z tego wszystkiego dla równowagi, postanowiliśmy jednak sprawdzić do kogo należy telefon. Rozpoczeliśmy lekturę smsów.

- Kasiu, kocham cię bardzo, tęsknie, płacze, pije już trzeci dzień, proszę wróc do mnie, dom taki pusty bez ciebie, dlaczego nie odbierasz?! - pisał Rafał, któremu mieliśmy oddać telefon.

W podobnym duchu pisał Krzysiek.

- Tęsknie za tobą, chciałbym się obudzić obok ciebie jak zwykle i cię utulić, odbierz proszę telefon.

Obaj panowie, jak wynikało z lektury, byli bardzo zakochani i bezskutecznie próbowali się dodzwonić do swojej oblubienicy. (Chyba obaj zajmowali się profesjonalnie remontami). Wciąż też oferowali jej pomoc. Jak sie okazało... w wychowaniu i opiece nad jej dzieckiem.

- Mamo - pisała córeczka - dlaczego nie odpisujesz na smsy? Smutno mi jest, że bardziej kochasz Rafała ode mnie.

O nie! - uniosłam się, kiedy powoli dotarła do mnie powaga złożonej relacji Kasi - nie oddajemy tej suce telefonu! Nie dość, że prowadzi podwójne życie, zdradzając na przemian tych biednych facetów, to jeszcze zaniedbuje dziecko!

Niestety Rafał czekał już na mrozie i nie było czasu na rozwiązywanie zagadek. Uśmiechnięty i z dobrymi, ufnymi oczami. Korciło mnie, ale nic nie powiedziałam. Nie należy mieszać się w życie innych. Jednak co innego niż detektywistyczne domniemania mnie interesuje - ofiarność obu panów. Nie dość, że zakochani po uszy, to służący pomocą i przepraszający za wszystko. Paru takich faktycznie może załatać każdy emocjonalny deficyt kobiety. Może czas się rozejrzeć za jakąś pomocną ekipą remontową:)

20:53, basiastar
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 stycznia 2010
OSTATNIE OBRAZKI

Sebaszczyn tytan pracy, czlowiek sukcesu, czlowiek spełniony. Siedzimy sobie na piwku w "Krytyce politycznej", Sebaszczyn się rozgląda ciekawie, bo z reguły pija Mojito w "Paparazzi". A tu młoda lewica, długie intelektualne grzywki, poza przeintelektualizowana, papieroski mimo krztuszenia. Z plotek branżowych przesuwamy się płynnie na refleksje metafizyczne, których ewidentnie głodnych jesteśmy wymiany, niezauważając kiedy z 17-ej robi się prawie 23-a.

- Kiedyś człowiek się wstydził, był nieśmiały, bał się o coś zapytać, że tylko on nie rozumie, a reszta rozumie - zastanawiamy się czy warto by było znów mieć 20 lat, typowa pijacka gadka - teraz, kurrrwa mam te 28 lat... - przyznaje Sebaszczyn - ... ale przynajmniej jak czegoś nie rozumiem, to mówię - kurrwa nie rozumiem! To jest ta przewaga nad młodością.

***

Spacerujemy z mamą po lesie. Przodem wypuszcza się Fiołek z Masalą. Pies z lubością zapada się w śnieżne zaspy.

- Boże - mówi mama- czy F. to nie marznie w tych pepegach? Przecież mróż jest, trzeba mu kupić jakieś buty na zimę? Może wracajmy już, bo mu zmarzną nogi i się przeziębi?

- Mamo, spoko. To taki dizajn, jest przywiązany do imidżu, a poza tym ma wkładki, nie martw się.

- Tak mam wkładki, w ogóle nie jest mi zimno - potwierdza Fiołek.

- No nie wiem - mama jest wciąż sceptyczna - w domu są stare buty zimowe Basi, może je weźmiecie? Jak to tak, w śnieg w pepegach?

- Mamo, daj nam spokój! - zaczynam się już wściekać, kiedy mój wzrok pada na buty mamy, które są... zabudowaną formą sandałów. Nie muszę dodawać, że mama nie nosi skarpetek?

***

Masala niepostrzeżenie skończyła 6 lat. Z tej okazji było małe kinderparty, choć tak naprawdę, przekładając jej wiek na nasz, jest właśnie ryczącą czterdziestką. Zdmuchnęła świeczki, zżarła wypasioną kolację, a potem z satysfakcją uwaliła się i zaczęła puszczać trujące gazy, psując uroczystą atmosferę. Psia wdzięczność.

14:04, basiastar
Link Komentarze (5) »
czwartek, 07 stycznia 2010
HARPIE I SATYRY MALCZEWSKIEGO

Młody Jacek smaruje na kartkach i karteluszkach bitwy, trupy, urwane głowy. Bo bez względu na to, jakie aktualne mamy stulecie, chłopięce bazgroły są zawsze takie same. Patrząc na urwany łeb z szyjką zakończoną falbanką mięsa, trudno uwierzyć, że autor tej tortury malować będzie za kilkadziesiąt lat "Błędne koło", czy "W tumanie" - moje ulubione obrazy, których zresztą zabrakło na wystawie jubileuszowej Jacka Malczewskiego w Muzeum Narodowym. Nie jest to moje ulubione miejsce na kontemplację sztuki, bo mimo, że gmach zamaszysty i słusznych rozmairów, sztuka tam zawsze wgnieciona jakaś i naćkana w ekspozycji. Tak jest niestety i tym razem, płótna Malczewskiego odetchnąć pełną piersią nie mogą, a jedno ważniejsze od drugiego wisi od siebie w odległości paru centymetrów. Poza tym dyskomfortem technicznym - polecam - prześledzić drogę artystyczną, nim zaprowadziła artystę do krainy mitologii i symbolów, po to by w koncu do niej wejść i poznać cały bogaty świat harpi i satyrów. Mnie szczególnie użekł jeden obrazek - "Sztuka zaścianku".

21:24, basiastar
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 stycznia 2010
PUCHATEK NA TO - BĘDZIE DOBRZE

Spędziłam dzisiaj przemiłe popołudnie w urokliwej kuchni mojej siostry ciotecznej na Starym Żoliborzu. Uwielbiam zapach tego domu, który wita już radośnie przy drzwiach, potem stara klepka gościnnie trzaska pod stopami, wesoło mrugają porzucone przez dzieci kolorowe zabawki, zdradzając, że choć gospodyni cieszy się chwilą samotności, na codzień trwa tu istny armagedon rodzinny. Na moment ktoś włączył pauzę, podczas której regenerują się ściany, fotele prostują poduchy, kotary z westchnieniem tulą się do siebie w mroku, małe buciki przysypiają w przedpokoju. To chwila wytchnienia i czasu dla siebie przed kolejnym atakiem energicznych urwisów - Basi i Antka.

Racząc się wyborną nalewką z mirabelki dowiedziałam się, że moja mała imiennica wykazuje się, niezwykłą jak na jej wiek, wyobraźnią. Szczególnie kreatywna jest w wypracowaniach. Jedno z nich przeczytałam i faktycznie robiło wrażenie spisanego na kwasowym tripie, a nie zmyślonego przez 13latkę. Bardzo mnie przy okazji rozbawiło, dlatego przytoczę je w skrócie. Otóż pani na jednej z lekcji polskiego zadała dzieciom wypracowanie pt "podróż". Ktoś opisał radosną wyprawę nad morze, w góry czy do lasu. Ale nie Basia. Jej historia brzmiała mniej więcej tak:

W Polsce jest stan wojenny. Rząd postanawia wysłać 500 tysięcy polskich żołnierzy na front. Bardzo się spieszy, na prędce "buduje" samoloty", nie do końca wierząc w powodzenie misji. Żołnierze się boją, nie wiadomo co bedzie dalej, kraj pogrąża się w chaosie. W końcu pada decyzja odlotu, żołnierze wsiadają do samolotów. Te okazują się tandetą, po drodze spadają masowo, roztrzaskując się na pustyni. Giną nasi. Generał zastanawia się czy kontynuować lot, czy to wszystko ma sens. Na miejsce dolatuje jedynie 50 tys. żołnierzy. Znów wszyscy się zastanawiają czy warto stawać do walki, szanse są nierówne, bez sensu. Raptem, ni z tego ni z owego pojawia sie postać Kubusia Puchatka, który z wrodzonym sobie spokojem i optymizmem mówi: nie przejmujcie się, wszystko będzie dobrze! Generał go wysłuchuje i staje do walki. Niestety nasi przegrywają.

Nie wiem czy łatwo będzie Basi dopasować się do obowiązującej ścieżki edukacji, ale jednego jestem pewna. Z takim łbem na pewno sobie poradzi:)

22:58, basiastar
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 04 stycznia 2010
FENOMEN TEŚCIOWEJ

Klasyk. Nie bez powodu temat teściowej krąży w kawałach, legendach, opowieściach przekazywanych w rodzinach z pokolenia na pokolenie. Zadziwia mnie ten fenomen i zastanawia dlaczego nam kobietom tak trudno jest poradzić sobie z momentem, w którym należy wypuścić z ciasnych objęć własne dziecko i pozwolić mu decydować za siebie. Nie ingerować, wycofać się, nie oczekiwać zapłaty za nieprzespane noce. Pewnie winna temu patriarchalna rola kobiety sprowadzona do kapłanki ogniska domowego. Poczucie własnej wartości zbudowane na zupie ogórkowej i nakarmionych dzieciach. Stąd szok kiedy pojawia się konkurentka, która bez pardonu dorobek życia zabiera sprzed nosa.

Nie będę ukrywać, że moje rozważania swój początek mają w postaci Fiołkowej mamy. Ta bowiem podczas oficjalnych wizyt wychwala zalety mojego konkubina ponad miarę, zachwycając się urodą (za nim już w przedszkolu dziewczynki nosiły tornister, tak, tak), sprytem (panie nauczycielki nie miały serca wystawić mu dwójki, jak tak zatrzepotał rzęskami, przecież te oczy to on ma... eh), powodzenia (nie byłaś u nas jeszcze? ach już mi się myli, ciągle ten tłum przewala się przez jego pokój...), w końcu z żalem ubolewa, że jej jedyny syn zaprzestał swoich podbojów (no tak... to "tu i tam" już sobie nie pójdziesz, nie ma po co, już podrywać dziewczyn nie można, co...?).

Pewna znajoma zwierzyła mi się niedawno, że kiedy ona wizytowała matkę ówczesnego narzeczonego, ta z upodobaniem wracała do tematu jego ex dziewczyny i ich rozstania. Nie mogła bowiem odżałować, że taka inteligentna, wartościowa kobieta przeszła mu koło nosa. Pytała nawet mojej znajomej, z dziecięcą naiwnością, jak myśli, dlaczego tak się stało. Dużo później się okazało, że kolega był gejem...

Jak to jest po tamtej stronie? Jak wytłumaczyć ten brak klasy, taktu, czy wręcz głupotę? Czy chodzi o to, żeby ta młoda wybrała "normalnego" faceta, co to sam sobie tornister nosił, zostawiając w cholerę rozpieszczonego mistera podwórka? Może jest wtedy szansa, że rycerzyk mamusi wróci potulnie do domu, gdzie na stole czekać już będzie cieplutka ogórkowa... I życie znów nabierze sensu.

00:25, basiastar
Link Komentarze (13) »
sobota, 02 stycznia 2010
KRESZ SZELEŚCI

Sylwester pod Warszawą w uroczym, rustykalnym, drewnianym domku. W ostatniej chwili dla niego porzuciłam imprezę w gronie 800 imprezowiczów w jednym z warszawskich klubów. W dodatku przebierany. Styl wiejski. Fiołek pojechał do teściów wyjąć z szafy egzemplarze plastikowych ciuchów z lat 80 tych, żebyś wyglądali na rasowych przedstawicieli okręgu Arizona. Ja wciągnęłam złote lajkry i kreszową kurteczkę w fioletowe i niebieskie seksowne romby, F. jedwabne spodnie w kant ze ślubu ojca i także jedwabną koszulę w niepokojące wzory geometryczne. Wyglądaliśmy naprawde rasowo. Jak sołtys z żona Marzenką. Dumni ze swojego image zajechaliśmy na miejsce. W drzwiach powitała nas gospodyni.

- Ale to jest impreza wiejska a nie wieśniacka - skwitowała nas z przekąsem. Rozejrzeliśmy się po izbie wypchanej około 30 osobami. Wszyscy w gumiakach, czerwonych koralach i chustach. Współczesna chłopomania. Madafaka fakap.

- Jak chcesz mogę ci porzyczyć taką folkową haftowaną bluzeczkę - zaoferowała mi z troską jedna z "gospodyń". - A jemu damy kamizelkę z kożucha.

Zostaliśmy jednak w naszych wieśniackich przebraniach podjadając wspaniałe kiszone ogóry i bigosik. Może niekoniecznie słusznie piłam do tego dzin+tonik, bo do dziś dochodzę do siebie, ale z wieczoru pozostało mi miłe wspomnienie kreszowej kurteczki, którą mam zamiar nosić na codzień.

I jeszcze fota po sylwestrowej nocy...:)

18:52, basiastar
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 grudnia 2009
LUNA W PEŁNI

Biorę sie za tekst o kobiecych kręgach. Jakkolwiek magicznie nie brzmiała by ich formuła, czy scenariusz spotkań, właściwie polegają na budowaniu kobiecej solidarności, mocy, poprzez międzypokoleniowe rozmowy, wymianę obserwacji, odkrywanie wspólnej natury, drzemiącego ognia. Z pewnoscią kobiety w nich uczestniczące wychodzą ze spotkań mocniejsze, zmotywowane, bardziej siebie świadome i pewniejsze. Pięknie jeśli warsztaty prowadzi mądra, świadoma kobieta. Na naszym rynku jednak sporo hochsztaplerstwa, paniuś które mają maturę i kursa niektóre, a spragnionych wsparcia klientek, które łatwo nabrać również. Trochę przeraża myśl, że nie ma kontroli nad trenerami, terapeutami, którzy mogą wyrządzić więcej krzywdy niż dobrego.

Ale mniejsza o większość. Uczestniczyłam niedawno w jednym z takich spotkań. Poruszyła mnie najbardziej samotność zebranych kobiet i ich wycie do ksieżyca o zesłanie na ich drogę mężczyzny, który się wszystkim zajmie, ukocha, pokieruje życiem i zabierze całą tą cholerną odpowiedzialność. Miałam ochotę wstać i potrząsnąć każdą z nich po kolei, a potem przytulić i powiedzieć, że te ostatnie rozstanie czy rozwód to okazja by zacząć żyć tylko dla siebie.

Zamiast tego wzięłam udział w bardzo krzepiącym punkcie programu - za co jesteś wdzieczna w minionym roku? Za każdy wymieniony sukces, należało zabrać jeden z kolorowych kamyczków leżących pośrodku kręgu. Kiedy uzbierałam cały kopczyk, pomyślałam, że sporo udało mi się zrobić, osiągnąć i trzymając obrany kurs, przesuwam się do przodu.

Na kartce planów na 2010 mam póki co 18 punktów. Mam nadzieję, że za rok uda mi się, wszystkie z satysfakcją skreślić.

I Wam życzę spełnienia wszystkich marzeń. Tańczcie w świetle ksieżyca i spójrzcie od czasu do czasu w niebo. Dzisiaj pełnia, kazde życzenie się spełnia!

14:45, basiastar
Link Komentarze (2) »
środa, 30 grudnia 2009
RZYGAJĄCE SMERFY

Haneczka nie mówiąc nic nikomu, zjechała z Erazmusa na warszawską bazę z zamiarem towarzyskiej niespodzianki. Siurpryza wyszła połowicznie, bo pierwszego dnia nasza doktorantka struła się polskim piwem i zemdlała owinięta ręcznikiem, a w dodatku bez majtek. Ale nawet te, ocierające się o skandal obyczajowy wydarzenia, nie pozbawiły jej humoru i pełnego ironii spojrzenia na siebie z dystansu.

Przy stole i fiołkowych frykasach przesiedzieliśmy wczoraj od 16 do... 24ej. To był istny maraton, w którym wiodła prym oczywiście Haneczka, dzieląc się z nami nowo nabytymi szokami kulturowymi z Sheffield.

- Na początku zachwycona byłam, że studenci ciągle się przebierają i chodzą w kostiumach księży i zakonnic na przykład, dużą grupą napić się do pubu. Zasłonięci maską kostiumu są bardziej kontaktowi niż normalnie. Poza tym przebierają się wszyscy, nikt nie marudzi, nie wybrzydza, pełen spontan. Ale wkrótce okazało się, że mamy inne priorytety zabawy.

- Jak to? - zastygliśmy wszyscy w oczekiwaniu na szokujące wyjaśnienia.

- Tak to, że dla nich największym szczytem marzeń i popisem jest się kompletnie poskładać. Im gorzej z tobą, tym lepiej. Modnie jest się posikać na ulicy i obrzygać, a jak sie uda jeszcze znajomych - to tym lepiej. Potem należy wrzucić foty na fejsa, oznaczyć wszystkich zarzyganych i naćpanych znajomych i rozmawiać o swoim kacu i innych dolegliwościach do następnego spotkania.

Zachichotaliśmy.

- To wcale nie jest śmieszne jak widzisz brygadę dwudziestolatków wymazanych niebieską farbą, przebranych za smerfy, które rzygają po kontach pubu. To była moja ulubiona dobranocka!

Poza tym Haneczka wyznała, że prowadzi bloga. Ale żeby nie było zbyt prosto, jest to blog tylko dla niej. Nikt nie zna jego adresu, nikt go nie czyta. Dodała również, że ani razu nie napisała w nim o mnie. To mnie wprowadziło na tyle w zadziwienie, że dzisiejszy wpis postanowiłam dedykować tylko jej:)

16:37, basiastar
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
ODDECH GÓR

Góry przywitały nas najpierw deszczem i spływającą ze stoków gliną, potem słońcem, a na koniec chrzęszczącym mrozem. Pogoda narzuciła program. Odpowiednio więc - ciesząc się obecnością telewizora w naszej góralskiej chatce, z wielkim podnieceniem nadrobiliśmy zaległości w polskich serialach, zachwycając się instruktarzem ról społecznych i płciowych, sporządzonym przez scenarzystów "Klanu". Tej produkcji można nie oglądać pare lat a i tak jest pewnosć, że pani ze wschodu "Bożesz ty mój" i Rysiek taksówkarz choć starsi, cieszyć się będą tym samym zdrowiem. Poszliśmy też na długi, piękny spacer po Wierchomli, po drodze rozmawiając z uwiązanymi na króciótkich łancuchach owczarkami podhalańskimi. Jeden z nich budził mnie o świcie skompleniem. Pan taksówkarz przekonywał, że psy w mieście mają gorzej... Myślę, że wolność i potrzeba przestrzeni to nadrzędna potrzeba każdej istoty. Masala ma przynajmniej ursynowskie 30 metrów riviery, naszą bliskość i parę spacerów dziennie.

Pies naszych gospodarzy

Z góry zjechaliśmy dwa razy. A właściwie z cudem ocalałego paska śniegu ciągnącego sie po stoku. Nóżki słabe, rozsądek podpowiadał ostrożność. Słońce świeciło, pachniało wiosną z zieleniących się wokół pól. Tak rozpoczeliśmy sezon. Mam nadzieję, że uda nam sie w tym roku wyjechać gdzieś na dłużej.

W małym pokoiku z pięknym widokiem na dolinę odnalazł mnie spokój i przyjemne ciepło bliskości. Pewnie nie mała w tym zasługa świętej rodziny, która czuwała nad naszym snem z pięknego obrazu.

Wisienką na torcie był wypad do Krynicy, gdzie udaliśmy się do domu zdrojowego spożyć trochę wód leczniczych. Wybrałam Słotwiankę na kłopoty z żołądkiem, Fiołek natomiast pojechał po bandzie i wypił jednym duszkiem śmierdzącego zgniłym jajem Zubra. Łeeeee. Krynica mimo uplywającego czasu roztacza wciąż specyficzny urok geriatycznego kurortu, gdzie w hali zdrojowej obok kolejki po życiodajną wodę, skupiają się wszelkiej maści hochsztaplerzy -  od sprzedawców maści na żylaki wyprodukowanych z minerałów pochodzących z dna morza prehistorycznego, przez kiczowatych portrecistów, po rozlewczynie perfum i malarzy aktów bezrowkowych.

Wypoczęta i już wyspana po podrózy pustymi pociągami pod specjalnym nadzorem PKP jestem już w Wawie.

20:00, basiastar
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 grudnia 2009
SAMA ZE SOBĄ

Z czym mi się kojarzy Wigilia? Ze wszystkim co najgorsze, z problemami, smutkiem, samotnością, niedokochaniem. Takie święta miałam w dzieciństwie. Dlatego z ulgą będąc nastolatką zrezygnowałam z gwiazdki, tak jakby jej nie było w kalendarzu. Odmawiałam wyjść rodzinnych, bo głupio się czułam, spotykając krewnych raz do roku i udając, że jesteśmy sobie naprawdę bliscy.

Od paru lat w Wigilię pakuje się, bo z reguły wyjeżdżam na narty następnego dnia. Moi bieżący partnerzy wychodzą wtedy na wigilię do babci, mamy, cioci. A ja zostaje sama. I to jest mój ulubiony stan. Nie jestem od nikogo zależna, nikomu nic winna. Jestem tylko sama ze sobą.  

Mam wtedy czas żeby życzyć Wam wesołych świąt!

18:17, basiastar
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15