|
sobota, 21 listopada 2009
CIAŁO Z GLINY
Konstrukcja z żelastwa i patyków obrasta w ciało z gliny. Nonszalancki niespieszny proces co jakiś czas przerwie naderwany przy piłowaniu palec, czy małe oparzonko przy spawaniu. Powoli wyłaniają się zarysy kształtów niedoskonałych, niesymetrycznych, ale moich.
czwartek, 19 listopada 2009
O JEDEN SKALPEL ZA DALEKO
Nie kupuje "Twojego Stylu", bo ani ze mnie menadżerka, ani dziana babka, a tym bardziej nie pretenduję do tych ról. Nie mam też telewizora, nie oglądam programów "rodzić na lodzie" ani "jak oni pierdolą" itp. To jednak nie wystarczy, by się ustrzec od ataku speców od reklamy. Zdębiałam kompletnie, kiedy na przystanku autobusowym zobaczyłam okładkę wyżej wymienionego luksusowego miesięcznika dla kobiet z Grażynką Torbicką, zupełnie nie podobną do siebie. Wyglądała jak Małgorzata Kożuchowska 10 lat temu. Następny wstrząs nastąpił ze zmianą wizerunku Agnieszki Chylińskiej, która postanowiła nagrać płytę disco dla czytających bravo nastolatek, a także dopasować się do ogólnie obowiązującego wzoru dżagi. Mamy więc Dode w wersji black. Super. Bez męskiej pomocy, my kobiety same sprowadzamy się do roli przedmiotu. Same przekreślamy indywidualność, charakter, piękno dołączając masowo do wora plastikowych lal o jedynych, słusznych wymiarach 90 - 60 - 90. Tylko jak później takie lale traktować serio, dyskutować z nimi, szanować ich zdanie? Trudno. Łatwiej później obejrzeć w playboyu.
wtorek, 17 listopada 2009
FEDERICA I MENTALNY FISTING MIRKA
Dzisiejszy dzień osłoneczniła mi Włoszka Federica, która w Polsce przebywa na erasmusie. Chyba ma w sobie nieuświadomiony gen autodestrukcji, skoro wybrała nasz trudny kraj na studia. Zwłaszcza, że na codzień mieszka w Wenecji i tam studiuje rzeźbę. Niezbadana jest natura ludzka szukająca kontrastów. Ale. Federica przed wyjazdem nasłuchała się, że Polki piękne, a Polacy brzydcy i nieśmiali. Jest w tym jakaś logika. Federika póki co zgadza sie z tą opinią. Ale faceci i tak jej się podobają, bo ja twierdzi, mają taka piękną białą skórę, a nie żółtą, jak Włosi, którzy, jak mówi, przeważnie są snobami, chodzą obrandowani od stóp do głów, i hołdują wzrocowi macho. Sytuacja miłosna Federici poza tym jest skomplikowana. Aktualnie odpoczywa od swojego narzeczonego, Albańczyka, który jest bardzo konserwatywny i zazdrosny. Co bardziej doświadczone kobiety wiedzą, że taką mieszankę należy omijać szerokim łukiem. Federica jest jednak młodziutka, i póki co nabiera dystansu i zastanawia się co jej się bardziej podoba - wolność w pojedynkę - czy wielka miłość, która zakazuje jej malowania się i zakładania spódniczek. Poza tym teskni za Wenecją, gdzie mieszka w akademiku akademii za jedyne 60 euro miesięcznie. W tej cenie mieszczą się również trzy posilki dziennie na uniwersyteckiej stołówce. No zazdrość mnie ścina po prostu z nóg. Wracając na polskie, zgniłe depresyjne podwórko, czytam lekturę, która dopełnia pizde pogodową. Sławomir Shuty, podobnie jak Żulczyk, Dzido, Jaś Kapela czy nawet Nahacz nurza się w słowotokach, bardziej lub mniej błyskotliwych metaforach, skojarzeniach silących się na mocny indywidualizm, rozpacz i oryginalność. Niemniej bawi mnie przednio, szczególnie kiedy udaje mu sie odmalowywać polski mental bezbłędnie. Zacytuje fragment o wyprawie głównego bohatera "Zwału" do urzędu pracy: "Przychodzi moja kolejka. Wchodze i patrzę, czy się ktoś nie rzuci z mordą jak na skundlonego psa, którego zawsze można kopnąc w tyłek. Ale nie. Udało się. Jestem w środku. Jest dobrze. Siadam. A pani już miesza w papierach. - Nie podejmował pracy zarobkowej przez ostatni miesiąc, nie imał się zajęć sosodajnych? Żadna flota nie przypłyneła do kabzy? Mów pan prawdę, bo od razu strzelę w ryło. No to jak z tym było, jednak nie, co? To tu sie podpisac. - Ależ proszę pani... ja nie mam długopisu... - Jak to nie ma długopisu? A co? Myśli, że my tu mamy kopalnie długopisów? Robić mu się nie chce, zdrowy, kurwa, dziad, a mi tu mówi: nie mam długopisu? No przecież to jest nienormalne, co on sobie myśli, że my tu nie pracujemy, tylko siedzimy sobie? Czy mnie to wkurwia? No wkurwia. Czy ja chciałbym porozmawiac z suki przełozonym? Chciałbym. Ale tak naprawdę to nie chciałbym. Byle do domu. Byle się wydostać z tych Chujnic. Już? Podpis złożony. Do zobaczenia za miesiąc."
Ja w ramach wydostawania się z Chujnic, przeszłam się dzisiaj do osiedlowego solarium, które przylega do siłki, gdzie poca się panowie bez karkow, za to ze złotym łańcuchem. Zostalam grzecznie zaproszona na trening, grzecznie odmówiłam i poszłam wypalić sobie troche piegów. Własnie. Czy we Włoszech znają piegi? Muszę się jutro zapytać.
poniedziałek, 16 listopada 2009
JESIEŃ JEST DO DUPY
No więc mała statystyka. Parę dni chorobowego połogu próbowaliśmy z Fiołkiem aktywnie spędzić w naszej 32 metrowej przestrzeni życiowej na Ursynowie, z daleka od ludzkiej populacji, by zachować zalecenia wirusowej izolacji. Z dumą melduję, że udało nam się:
Dzisiaj wylazłam w miasto i wcale mi się nie podobało. Raz, że słabizna jest straszna. Dwa pogoda jest do dupy. W ogóle jesien jest do dupy. Widzieliście komedię Larsa Von Triera - Szef wszystkich szefów? Super śmieszna rzecz. W każdym razie tam jest bohater, który cierpi na wsiową deprechę. I przy każdej stresogennej sytuacji reguje zawsze nerwowo pytając - czy wiecie, że jesień na wsi jest do dupy? Według mnie w mieście jest do dupy kwadratowej.
czwartek, 12 listopada 2009
OBRAZKI DO ZASYPIANIA
Fiołek już zarażony jak trzeba, więc zdychamy razem pod kołdrą. Podajemy sobie leki, wymieniamy się syropem i spieramy czyj jest listek z antybiotykiem. Jednym słowem idylla. Jak umierać to razem. Choroba męczy w nocy. Wiercę się i obracam jak kurczak na rożnie. Próbuje sobie przypomnieć obrazki, które w dzieciństwie przywoływałam w celach nasennych. Wyobrażałam sobie z reguły pewien stary dom na Żoliborzu, ukryty w zapuszczonym ogrodzie. Cały objęty zaborczymi ramionami bluszczu i winorośli, z ogromnym tarasem w stronę słońca. Widziałam siebie krzątającą po przestronnej kuchni, na oknach której rosły zioła w donicach, a pośrodku stał duży dębowy stół z darami lasu - słodkimi malinami, poziomkami i jagodami. Smażyłam z reguły konfitury, bo wydawało mi się, że szykując przetwory jest się z pewnością szczęśliwym, a w każdym razie spełnionym rodzinnie. Do tego ciepła pełnego domu zdaje się zawsze tęskniłam i chyba tęsknie do dziś. Z piekarnika dolatywał zapach kruchego ciasta, a z piętra dobiegały odgłosy domowników, którzy lada chwila mieli zejść i usiąść ze mną przy stole. Kto to miał być? Dla mnie samej pozostawało tajemnicą. Czy moje dzieci i ich ojciec, czy raczej rodzice. W niewyjaśnianiu tej zagadki tkwiła słodycz niespodzianki. I nim ją zdołałam rozwiązać - zasypiałam. Przypomniałam sobie dziś stary dom z Żoliborza. Jego mieszkańcy nie mają pojęcia, że przez wiele lat karmiłam się jego widokiem. I mieszkałam w nim w pewnym sensie. Przypomniałam sobie tą atmosferę z kuchni i pomyślałam, że jest mi teraz równie błogo co wtedy przy smażeniu konfitur. A żeby było jeszcze bliżej, popołudnie spędziliśmy z Fiołkiem lepiąc pierogi. Jedne z ziemniakami, rozmarynem, czosnkiem i boczkiem, drugie z kaszą gryczaną, grzybami i pomidorami. Chyba muszę znaleźć nowe obrazki do zasypiania.
środa, 11 listopada 2009
ŚWIŃSKA GRYPA PO POLSKU
Były już wściekłe krowy i ptasie grypy. Z pewną nonszalancją przyjęłam wiadomość o kolejnym odzwierzęcym pogromie - świńskiej grypie. Może wstyd się przyznać, ale nawet mnie nie specjalnie zainteresowała sytuacja na Ukrainie. Do czasu. Wczorajsze wydarzenia bowiem zmieniły znacznie moje spojrzenia na modną "pandemię". W poniedziałek od rana mi coś szumiało w głowie, w ciągu godziny mnie ścięło kompletnie, bóle wszystkich możliwych mięśni, nawet tych o które się nie podejrzewałam, suchy uporczywy kaszel i wysoka gorączka. Co normalny człowiek robi w takie sytuacji? Bierze paracetamol i się kładzie z nadzieją na poprawę. Dzień jednak minął a 39 wciąż na termometrze. Poszłam na ostry dyżur w "rejonie". W kolejce na oko 40 osób, małe kaszlące dzieci omdlewające w ramionach rodziców, wszyscy żężą i chrypią. Zrezygnowałam, bo czekania na 3- 4 godziny, dwóch lekarzy na dyżurze, a szansa na złapanie innych kolejkowych wirusów duża. Następny dzień jeszcze gorzej, potworny ból głowy, bóle brzucha, gorączka, nudności, dreszcze. Ledwo wstaje z łóżka, zamówiam taksówkę do centrum Damiana. Pani doktor kieruje mnie na test na obecność grypy. Wkładają mi do nosa patyk, który sięga mózgu, nic przyjemnego. - Bardzo mi przykro, ale ma pani wirus typu A - mówi mi spanikowana pielęgniarka. Personel dyskretnie zakłada zielone maski, wszyscy się ode mnie odsuwają. - Proszę przejść się z wynikiem jeszcze raz do pani doktor. Pani doktor trzyma mnie w gabinecie z pół godziny, wypisując miliony papierków. Pocę się i jest mi coraz gorzej. W dodatku w masce czuję sie jak Majkel Dzekson i nie mogę swobodnie oddychać. Ale takie są procedury. Pani doktor wypisuje zgłoszenie do sanepidu i skierowanie do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego. Odsuwając się na dwa metry ode mnie prosi bym jak najszybciej pojechała na Wolską, najlepiej samochodem, bo muszę się izolować od ludzi. Nic nie chce mi powiedzieć, mówi, że dodatkowe badania zrobią mi tam i powiedzą co robić dalej. Czekam w nerwach na Fiołka w poczekalni, obserwuję personel, ktoś w kolejce kiwa ze zrozumieniem w moją stronę mówiąc, że parę szkół zamknięto na Ursynowie z powodu epidemii. Siedzę z dala od wszystkich i przed oczami przelatują mi kadry z filmu "epidemia". Dzastin Hofman w żółtym skafandrze. Wreszcie przyjeźdza Fiołek a kolejka i personel oddycha z ulgą. W szpitalu zamykają nas w izolatce. Twarda kozetka, biurko ze sklejki i krzesło jak w policyjnej sali przesłuchań. Przygnębiające wrażenie dopełnia umywalka z cieknącym kranem. Kap, kap, kap. Mija godzina w chińskich torturach. Fiołek interweniuje, okazuje się, że lakarz nie wiedział, ze ktoś na niego czeka w izolatce. Jest zajęty kolejką pacjentów. Wreszcie się pojawia z kpiącym uśmieszkiem. - Proszę pani my nie robimy takich badań - mówi w końcu - to po co mnie tu skierowano? - to niech się pani zapyta w Damianie, oni powinni je pani zrobić, u nas to kładziemy tylko starszych ludzi, albo dzieci, ale to z gorączką powyżej 41 stopni. A pani wypiszę receptę na antybiotyk i dopiero jak po nim się pani pogorszy to się pani zgłosi do "rejonu" na prześwietlenie płuc. Jest pewien problem z Tamiflu. Nie ma go w aptekach. W końcu udaje się go dostać. Jest godzina 22 kiedy wracamy do domu po całym dniu łażenia po lekarzach. Po raz kolejny umacniam się w przekonaniu, że najlepiej skończyć medycynę, choćby korespondencyjnie i leczyć się samemu. Aha jeszcze koszta: wizyta w Damianie - 110 złotych obowiązkowy test na grypę - 50 złotych szpital zakaźny, wypisanie recepty - 60 złotych Tamiflu - 150 złotych
niedziela, 08 listopada 2009
W DUPĘ DYNAMO
W ramach kolekcjonowania nowych ekspirjensów zarobkowo-przygodowych poprowadziłam dzisiaj warsztaty kulinarne dla 10 osobowej grupy 5- latków. Wniosek pierwszy nasuwa się błyskawicznie. Tyle energii się marnuje! A wystarczyłoby wsadzić dynamo w dupę i napędzona cała Warszawa, a przynajmniej jej lewa strona. Drugi wniosek niby taki mały człowiek, żyje 5 lat na świecie, a już wyraźnie widać przyszłe nastawienie do świata. Miałam więc dziś entuzjastów: - pani Basiu, pani Basiu ja wszytkim naleję soku, chcę być asystentem! agresorów: - dobra, dobra, teraz się rzucamy na Filipa i łamiemy mu nos! - W odpowiedzi na moje wrogie spojrzenie, skwapliwie powiadomiono mnie, że poszkodowany wprost za tym przepada... Poszkodowany nie zaprzeczył. prowokatorów: na moje pytanie - co fajnego można robić na plaży? usłyszałam - Kupę! wreszcie cyników: - a co tam narysowałeś na swojej wizytówce? bombę na dwóch kółkach! - hm, a to jakiś radziecki model, czy może nowy amerykański? - srański... Po dwóch godzinach zdzierania gardła pojawili się rodzice by zabrać do domu małych terrorystów. Maluchy ścisnęły małymi paluszkami pakunki z samodzielnie wykonanymi wykwintnymi potrawami - muchomory z jajek i pomidorów oraz krasnale z ziemniaków i marchewki - po czym umorusanymi od twarogu buziami zadały pytanie: - pani Basiu, kiedy następne zajęcia? Spojrzałam ponad małe korpusiki i dopadły mnie również przepełnione nadzieją spojrzenia rodziców. - Niedlugo - bąknęłam zachryple, po czym zapadłam w refleksję nad trudem macierzynstwa. Zastanowię się dwa razy nim podęjmę wyzwanie actimela.
czwartek, 05 listopada 2009
STEREOTYPY
Gender studies to studia i badania nad problematyką społecznej i kulturowej tożsamosci płci. Opisują, analizują, dekonstruują wszystkie przesądy związane ze stereotypami kobiecości i męskości... Na zajęciach z reguły mocno sfeminizowanych pojawił się mężczyzna. Z zainteresowaniem czekałyśmy na moment kiedy się przedstawi, zastanawiając się z jakich powodów się tu znalazł. - Witam wszystkich, nazywam się tak i tak. A coś o sobie. Przyszedłem, bo żona mi kazała... - wskazał na kobietę siedząca koło niego - No cóż, jestem typowym samcem. Nie lubię sprzątać, gotować ani prasować - zakończył i rozejrzał się po sali z satysfakcją i figlarną prowokacją w oku. Zapadła konsternacja. Wszystkie spojrzałyśmy na żonę, która spuściła ze wstydem oczy. Po czym odezwała się nasza prowadząca. - O to znaczy, że ja też jestem typowym samcem? Wprost niecierpię sprzątać, gotować ani prasować :)
środa, 04 listopada 2009
MONO CZY STEREO?
- Jakie to trudne, być sobą, być z kimś i jeszcze jakoś to sensownie wymieszać i być szczęśliwą, przynajmniej czasami... - pisze do mnie w mejlu przyjaciółka. Nie wiem co mam odpowiedzieć, chyba tylko przyznać jej rację. To bardzo trudne. To najcięższa robota świata, kamieniołomy! Bycie z kimś to ustawiczna konfrontacja. To zmienność, zamykanie i otwieranie serca, przybliżanie i oddalanie się od siebie. Związek to papierek lakmusowy naszego wnętrza. Im silniejszy tym mocniej działa. Za jego sprawą ujawniają się wszystkie stare rany, problemy, lęki. Jak na gwizdek stają równo w szeregu. Tak bardzo tęsknimy za miłością idealną, która wypełni emocjonalne luki, nasyci i da spełnienie. Ale to niemożliwe. Jesteśmy już dorośli i wiemy, że symbioza między dwójką ludzi zdarza się raz - w łonie matki. Mimo to, boli niemożność całkowitego przekroczenia własnej samotności i dzielenia ze sobą światów. To dlatego samotność doświadczana w związku boli po stokroć bardziej niż w pojedynkę. Dlatego tak wielu wybiera bycie singlem, niezmąconą ścieżkę spokoju, samostanowienia, a nawet oświecenia. Kiedy nikt nie rozprasza, można skoncentrować się i pracować tylko nad sobą. Tak więc mono czy stereo? Wybór jest jak zwykle nasz. Może trzeba pożegnac się z marzeniami o doskonałej miłości i docenić tą, która nam się przydarza, że wszystkimi błędami, niezręcznościami, usterkami, ale jednak skierowaną do nas z czystej dobroci i tęsknoty serca? A może traktować to wszystko z przymrużeniem oka? Jak na obrazku, prezencie przywiezionym z Paryża przez Asię:)
wtorek, 03 listopada 2009
GASTARBAJTER I REALIZM MAGICZNY
Odkładam "Dojczland" Stasiuka i szumi mi wciąż w głowie od chaotycznej, impulsywnej paplaniny, która opiera się na powtarzaniu tych samych czynności - wsiadłem, wysiadłem, napiłem się, zjadłem, przespałem się, pomyślałem, napiłem się i wsiadłem. Niby taka hipisowska podóż, jakieś niezrealizowane marzenie o zdublowaniu Bukowskiego chyba w połączeniu z Kerouaciem. Bo jedyne co zapamietuję to jedna para gaci, butelka jim beama i takie sobie spostrzeżenia socjologiczne, których spragniony czytelnik do ostatniej kartki wypatruje. Czasami coś sypnie w stylu - "Niemcy byłyby znacznie przyjemniejszym krajem, gdyby nie było w nim Niemców. Gdyby pozostali sami gastarbeiterzy i emigranci. Niemcy powinni dokądś wyjechać i przesyłać kasę". Ale potem znowu wsiada wysiada, dosiada, wypija, zjada i jedzie dalej. Nie poznaję się na tym panowie chyba.
Fiołek wraca z pracy, czyli z knajpy którą w zacnym towarzystwie znanych restauratorów warszawskich otwiera i przeżywa. - Ale miałem dzisiaj udany dzień skarbie! - Noooo ?! - podnoszę nos znad nieszczęsnego "Dojczlandu", który mnie coraz bardziej pogrąża. - Cały dzień kombinowałem nowe menu. Obierałem mózg cielęcy na przyklad. Czyściłem żołądki, grasicę ... Aha, bo z grasicą jest problem, ma pełno błonek, łatwo gumieje jak kalmary. Ale już wiem. Trzeba ją po prostu obgotować w mleku, a potem podsmarzyć w sklarowanym maśle i... I dla równowagi, by nie utonąć w gastronomii wybieramy się na spotkanie z Romanem Gutkiem, któremu strzeliło 15 lecie firmy. Opowiada o technicznej stronie dystrybucji, o słabości Almodowara do niego, a wreszcie zaprasza nas na "Lisbon story" - piękny film o fenomenie filmu, obraz z przegięciem w stronę realizmu magicznego. Zapominam na chwilę, że i ja posiadam grasicę.
poniedziałek, 02 listopada 2009
GROBY, GOLONKA I GENEALOGIA
Miałam jakieś trzynaście lat, kiedy z wprawą wnikliwego detektywa zebrałam wszystkie rodzinne opowieści, pozbierałam dokumenty i wszystko zapisałam z bardzo rozsądnym założeniem, że kiedy zabraknie starszych ja nic o swojej rodzinie nie będę wiedziała. Dzięki zachowanemu zeszytowi mogę się dzisiaj dowiedzieć, że od strony babci korzenie mojej rodziny sięgają pewnej przystojnej szwedki Anny Malmstrom, którą do Polski ściągnął zakochany w niej mój pra pra pra pra dziadek! Są jeszcze opowieści mojej prababci, która opisuje jak jej córki po skończeniu medycyny w Petersburgu, zaopatrzone jedynie w woreczek kaszy, wsiadły do pociągu do Polski by tam znaleźć pracę i ściągnąć resztę sześciorga rodzeństwa. Kiedy razem z Bachą i Mamą szorowałam w piątek ich groby, te stare opowieści stanęły mi przed oczami. Przez resztę trzydniowej laby nadrabialiśmy z Fiołkiem poszarpane ranki, przerwane objęcia i wszystkie niedopieszczenia. Wylegiwaliśmy się więc w łóżku pachnącym miłością do póżnego popołudnia, a Fiołek serwował mi śniadania mistrzów i pomaranczowe kwiatki margerytki. Potem jeszcze zjedliśmy bardzo tłustą, niezdrową kolację w Kampani piwowarskiej z moim ojcem, ciotka i babcią. Fiołek zamówił golonkę większą od niego, z czego największy pożytek miała później Masala. Spuchnięci od wielkich porcji serwowaliśmy sobie zabawne opowieści. Ojciec z ciotka wspominali dzieciństwo w Japonii i Indiach, gdzie puszczeni samopas, bo rodzice a moi dziadkowie dzień w dzień przez parę lat chadzali na bankiety, jak to w dyplomacji - oddwali się wyprawom w środku nocy na skuterze, które dzielił z nimi ich ... pies oparty tylnimi łapami o siedzenie. Bacha szoruje ciocię Franię znicze na grobie Przemyka
Na cmentarzu prawosławnym odwiedziliśmy dziadka Fiołka. Podobno był niezłym rozrabiaką i to właśnie po nim Fiołek jest taki niegrzeczny:) Fiołkowe margerytki Żeby nie było, z Atka i Asią zaliczyliśmy jeszcze domową halołinową imprezę, która była takze okazją do pożegnania Atki przed jej wyjazdem na Kubę wyspę gorącą. Zdjęcia Uparte.
niedziela, 01 listopada 2009
PIF PAF KTO NIE LUBI TRAW
Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżus Marian, MegaMotyl oraz Paprodziad to skład zespołu Łąki Łan, grającego łąki fank. Bawiliśmy się na ich koncercie nadzwyczajnie, bo i muzyka zaskakująca i porywająca, kwasowy techno przelot, wokal death metalowy, do tego gruwi fanki. Teksty też niebanalne raczej jak "pif paf kto nie lubi traw". Niedługo będą grać w Hydro razem z Masalą, na pewno nie odpuszczę sobie następnej dawki humoru. Za oknem szadź zabieliła mi drzewa i powietrze, tak że tracę widoczność na Okęcie. Złoto się jednak przebija, tu machnie kosmatym owockiem platanu, tam zamiga purpurą berberysu i nie ma dziś odpowiedniej nostalgii ani melancholii do których przyzwyczaiła nas Akcja Znicz. Ale dzięki temu mam wielką ochotę przejść się na spacer po Powązkach.
środa, 28 października 2009
O, MÓWI DIABEŁ - ALABAMA!
Nadziwić się nie mogę jaki entuzjazm wzbudzam w akademickim ciele pedagogicznym. Mali, usmarowani gliną i farbami chłopcy, którym udało się sprytnie zamaskować w ciałach rektorów, wykładowców, profesorów i asystentów wprost wyrywają sobie mnie z rąk, jak ładną i modną zabaweczkę. Dostaje zaproszenia do wszystkich możliwych pracowni ASP. Przyglądam się tym godowym zachowaniom, w mniemaniu wykonawców, jak się domyślam, bardzo szarmanckim i uwodzicielskim - z humorem i dystansem, trzymając się konwencji, na którą sama się przecież zgodziłam. Schowana za rolą modelki, mogę oddawać się mojemu ulubionemu zajęciu. Obserwacji. A jak tak dalej pójdzie, status modela zatrzymam do emerytury:) Wybrałam się dziś odwiedzić babcię, a przy okazji zobaczyć jesień, która najlepiej prezentuje się na oficerskim starym Żoliborzu. Wino pąsowieje na ażurowych altanach starych ogrodów, dworkową architekturę lat 20tych okalają płonące pochodnie sumaka octowca, filigranowych iskrzących żółcią brzózek, a głóg nabrzmiewa apetyczną czerwienią, która zajadać się będzie ptactwo zimą. Jesień jest złota i królewska szczególnie na ulicy Śmiałej, którą z zachwytu przemierzyłam dziś dwa razy. Buchające energią oranże i żółcie, napełniają mi serce radością i miłością, od tak, jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało, tak właśnie jest. Staje się samowystarczalna, szczęśliwie samotna z tymi odczuciami. I nucę pod nosem piosenkę Alabama - zapomnianej Ludmiły Jakubczak. O mówi diabeł - Alabama! Noemi biodra ma jak hamak! O mówi diabeł - Alabama! Pończocho czarna bawełniana! A na moim balkonie lato dzielnie walczy z przemijaniem. lawenda od Fiołka, chryzantemy od mamy, pelargonie od siebie:)
poniedziałek, 26 października 2009
NIEWYGODNE, NIEPOPULARNE PRAWDY
- Co robisz? - pyta on, przysiadając się do żony czytającej w łóżku. - Nie widzisz? Obieram kartofle... - na głupie pytania są tylko ciekawe odpowiedzi:) To scena z filmu, który przeleciał prawie niezauważalnie przez nasze kina. Mowa o "Kocham cię od tak dawna" w zawrotnej ilości 7 kopii na cały kraj. A szkoda. Rewelacyjna Kristin Scott Thomas gra kobietę, która po wyjściu z wiezięnia próbuje zmierzyć się z samotnością, potrzebą milości i akceptacji głeboko skrywaną pod dystansem i dumą, a najważniejsze z życiowym dramatem, którego przyczyny i skutki są niezwykle trudne dla niej, a jeszcze bardziej dla otoczenia, które nie potrafi sobie z niewygodną, skomplikowaną moralnie prawdą poradzić. Aż trudno uwierzyć, że film jest debiutem Phillipa Claudela. Dramat, który trzyma za gardło mocno od poczatku do końca, ani przez chwile nie wypuszczając widza z garści. Z lekkimi dotknięciami jak opisana na wstępie scena, by zrównoważyć całość.
Czytam "Proszę bardzo" autobiografię Andy Rottenberg, która ku mojemu zdziwieniu wzbudza wiele kontrowersji. Głównie za sprawą szczerości. Znow powraca ten sam motyw. Prawdy, która w dobie ugładzonych w fotoszopie wizerunków i osobowości jest wyzwaniem dla czytelnika. Wszyscy chcą być ludźmi sukcesu, silnymi i niezależnymi, utrzymywać się na poziomie dobrej pop samooceny, banału, emocjonalnej płycizny. Dlatego trudno jest im słuchać o czyichś porażkach, błędach, bo sami się swoich wstydzą, psuje im to samopoczucie. Na pytanie - co u ciebie, niezmiennie odpowiadają - super, wszystko świetnie. Prawda zawsze zbliża nas do człowieczeństwa. Może dlatego niektórzy z nas tak alergicznie na nią reagują. A Anda ma jaja. Podziwiam ją za ten do bólu szczery ekschibicjonizm, który jak się domyślam, jest wypadkową samotności, pustki, chęcią rozrachunku z samym sobą, autoterapii, ale też odwagi. Cenię ją od dawna również za to, że pomimo personalnych ataków, z żelazną konsekwencją przez parę dobrych lat realizowała autorski program w Zachęcie. Dzięki niej poszerzyły się moje horyzonty, wrażliwość, tolerancja. "W koncu mnie też zabrakło poczucia humoru po akcji posłów na rzeźbę Jana Pawła II, choć byłam już dorosła i myślałam, że nabrałam odpornosci na wyskoki "prawdziwych Polaków". Myliłam się. Nie od razu jednak to zrozumiałam. Najpierw się śmiałam, oczywiście. Także wówczas, gdy czytałam zaadresowany do wszystkich możliwych władz Rzeczpospolitej list w sprawie zwolnienia z pracy dyrektorki żydowskiego pochodzenia, która powinna jechac do Izraela i wystawiac tam rzeźby wielkiego rabina, przygniatane butem Saddama. Wszystko to razem wydawało mi się absurdalen. Zmieniłam zdanie, kiedy połowa polskiego parlamentu uznała zarówno akcję w Zachęcie, jak i ten list za racjonalne i zasadne."
piątek, 23 października 2009
KOCHAM CHAOS I NIE SZANUJĘ PORZĄDKU
Zrobiłam sobie dziś wszystkie możliwe analizy SWOT, testy osobowości, testy na dominującą półkulę, testy: jak bardzo potrzebujesz urlopu i czy jesteś wystarczająco bystry by zostać policjantem. Po co? By znaleźć odpowiedź, które zajęcie pasuje do mnie najbardziej. No i wyszło mi, że jestem indywidualistką, o typie inteligencji wysokiej/ twórczej, z przewagą prawej połkuli, która odpowiada za: - uduchowienie, zdolności parapsychologiczne - podobno w zeszłym wcieleniu urodziłam się w Birmie i byłam mistykiem:) - widzenie przestrzenne - dlatego zawsze znajduje drogę do domu:) - uzdolnienia plastyczne - nic nowego - holistykę - myślenie globalne, ogarniam wszystko na raz, a to ciekawe - emocjonalność - no to wiadomo, albo dół, albo ekstaza:) - muzykalność - odczuwanie muzyki totalne i poczucie rytmu. No... żebyście mnie zobaczyli na parkiecie! - myślenie symboliczne - metafora, niuanse, przenośnia to moja specjalność - seks - wyostrzone odczuwanie i nastawienie na działanie:p Generalnie prawa połkula to uniesienia mistyczne i estetyczne. Uchodzi za bardziej niepokorną, funkcjonuje w sferze pozbawionej czasu i przestrzeni. To by wiele tłumaczyło:) Zastanawiałam się czy może wpisac w siwi, że lubię pracę w ciemnych, dusznych pomieszczeniach bez okien, gdzie na biurkach pietrzą się kolorowe segregatory, w których upakowane są dokumenty w ciasnych, plastikowych koszulkach. Ale chyba nikt by nie uwierzył. Może coś bliższego prawdy, np: jestem hałaśliwa, kocham chaos i nie szanuję porządku?
czwartek, 22 października 2009
MAMY JUŻ W SPRZEDAŻY ZNICZE!
Nabuzowana jestem wczorajszym spotkaniem z autorką przewodnika po Azji "Jadę sobie", po którym wciąż wibrują mi w głowie egzotyczne opowieści i widoki z dalekich krajów. Przemierzam Warszawę i robie najgłupszą rzecz na świecie. Porównuje. Boże, gdzieś tam daleko świeci słońce, ludzie są otwarci, uśmiechnięci, ciekawi świata... - dobijam się patrząc na wbite wzrokiem w podłogę towarzystwo z metra. Zamiast klepać tutaj malowniczą biedę, wolę siedzieć na cieplej plaży Goa, gdzie dzienne utrzymanie to wydatek rzędu 2- 3 dolarów. Na ch... mi ten wschód Europy, gdzie zimno i pada i zimno i pada? Rozglądam się w poszukiwaniu odpowiedzi, natrafiając jedynie na metrowy ekranik, który inforumuje mnie, że statystycznie jedna na trzy kobiety jest ofiarą przemocy lub gwałtu. Poza tym wszyscy wyglądają na uśpionych. Zero mimiki, emocji, ot taki normalny na tej szerokości geograficznej jesienny letarg. Melancholijny, polski splin. Stupor. Po drodzę do domu widzę jeszcze ogromny napis na pobliskim supermarkecie - MAMY JUŻ W SPRZEDAŻY ZNICZE! Jak dobrze, myślę, co za ulga. A w takie ponure dni jak dziś chce się szukać sprzymierzeńców. Kogoś kto powie - walmy to wszystko! albo - właźmy pod kołdrę, kupmy wino i nigdzie się nie ruszajmy! A tu nic. Dlatego kiedy dzwoni Fiołek, przeskakując przez Masalę, puszczam się biegiem przez całą długość mieszkania z nadzieją na obietnicę ciepłej pachy, w którą będę mogłą się wtulić, kiedy już wróci z pracy. Zapominam o jednym. Fiołek cierpi na obstrukcje telefoniczną. Znaczy telefon jest dla niego jedynie środkiem do zakomunikowania niezbędnych informacji, a jego rachunki telefoniczne miesięcznie wynoszą góra 20, może 25 złotych: - Cześc kochanie, co tam u ciebie? - wybucham entuzjazmem po odebraniu połączenia. - Dobrze, dobrze, ja już wychodzę z pracy - duka mój Fiołeczek w słuchawkę. - Ooo super, to fajnie, bo... - nie kończę jak zwykle, bo przecież męzczyźni nigdy nie słuchają do końca:) - Będę około 18 to porozmawiamy. Na razie - przerywa mi i się rozłącza. No i już. Za to kiedy staje w drzwiach ma i wino i imbir kandyzowany. A to jest to, co uwielbiam o tej porze, w tej szerokości geograficznej:)
środa, 21 października 2009
DOBROBYT KULTURALNY
Się dzieje kochani, dzieje. Głównie na lini Chłodna 25 - Powiększenie - Kulturalna - praskie zagłębie 11 listopada. Ale jednak. Mówię o dzianiu kulturalnym. Pamiętam jak przyjeżdżałam do Londynu i ojciec pierwsze co robił, po odstawieniu walizki i zaparzeniu mi herbaty, to sadzał przed "Time out" i pytał - to co chcesz robić w weekend? I wówczas ogarniała mnie czarna rozpacz, bo z każdą stroną przewodnika po wydarzeniach, okazywało się, że imprez jednego dnia jest masa, a ja choćbym się poklonowała wszystkiego nie opękam. Ten słodki, luksusowy dobrobyt dociera powoli do nas. A pogoda, kiedy od rana jest szara godzina 18-ta umówmy się - sprzyja. Więc póki co, przeglądam programy zbliżających się i zazębiających się ze sobą dwóch filmowych festiwali, które mnie żywo zainteresowały - "Kino w pięciu smakach" i "Pierwszy przegląd filmów kulinarnych Food film fest" i zastanawiam się co wybrać. Wczoraj bawiliśmy się z Fiołkiem na stand- upowym wieczorze na Chłodnej25. Przemysław Sadowski (gdzie on grał, gdzie on grał? Klan, wilki, wspólna?) opowiadał o swoich przejściach z systemem zakładania internetu w telekomunikacji polskiej narodowej. Nie zawsze śmiesznie, często z trudem i wymuszonym dowcipem. Hubert Urbański zaskoczył swobodą i fajnym dystansem do siebie przy anegdotach dotyczących kulis pracy przy "Milionerach" oczywiście. Natomiast Kasia Kwiatkowska (Doda z rozmów w tłoku - Szymona Majewskiego) próbowała udowodnić, że nasze kochane czworonogi, to wcale nie oddani przyjaciele i pocieszyciele, ale podstępni emocjonalni terroryści, szantażujący nas na kazdym kroku. Trochę to było nierówne, ale udało jej się parę razy przekonać i rozbawić do łez publiczność.Opowiadała m.in jak to zamiast pójść po pracy na kawę z kolegą z księgowości, ona gna do swojego psa, który i tak nie wytrzymuje, nie czeka, tylko odlewa się do nowych szpilek, czy z premedytacją wydziera deseń z luksusowej kanapy. Każdy właściciel po zastaniu swojego czworonoga w takiej sytuacji, myśli sobie - Boże, co ze mnie za Pan/ Pani! Biedna psinka, trzymała tyle godzin! I rzuca się do garów, by ugotować kaszkę z wołowinką w ramach rekompensaty. Tymczasem jakie są prawdziwe pobudki psa? Co myśli czekając na pana? - Gdzie ta kurrr.... się podziewa?! Co ona nie wie, że ja teraz chce siku zrobić i spotkac się z tą urocza pudelką z parteru?! A jak teraz nie wyjdę, to mi ją sprzed nosa sprzatnie ten zawszały kundel z 10-go? Ja jej pokaże, starej kuuurrr... nauczę ją wychodzenia z własnym psem. Co by tu zmajstrować? I tak dalej i tak dalej. A dziś w tym samym miejscu spotkanie z M.Filipczak, która napisała przewodnik dla samotnie podóżujących pań "Jadę sobie", na podstawie swojej wyprawy do Azji. Przewodnik czytam, napisany jest z biglem i humorem a także zawiera bezcenne wskazówki, odnośnie Indii, Borneo, Malezji, Wietnamu, Kambodży - gdzie kiedys mam zamiar pojechać. Nie wiem jeszcze czy solo czy w duecie, wiec póki co zmykam. Trzymajcie rękę na kulturalnym pulsie stolicy:)
poniedziałek, 19 października 2009
POEZJA NA ŚNIADANIE
W sobotę byliśmy na tańcach w Powiększeniu i mam nieodparte wrażenie, że wciąż je odsypiam. Zabawa była przednia, podczas tańców z Kiwim wykonałam swój popisowy numer z miotaniem głowy wokół własnej osi, zgodnie z ruchem wskazówek zegara - dzięki czemu czuję dziś porażający ból w naderwanej szyi. No ale fantazja jest od tego, żeby bawić sie na całego - jak śpiewały legendy mojego dzieciństwa, a poza tym miałam w końcu urodziny. Pogodzona i zaspana, umierałam sobie dzisiaj pozując studentom. Prace przyspieszyły. Jesteśmy teraz na etapie konstrukcji. Czyli spawaniu, piłowaniu, przybijaniu i łaczeniu ze sobą różnych kawałków żelastwa, które będą w przyszłości tworzyć moje piękne gipsowe wnętrze. Na konsultacje wpadł profesor, o którym musze parę słów napisać. Drobny, grzeczny starszy pan, który wprost emanuje skromnością i ciepłem ujął mnie od poczatku. Wspaniale się z nim rozmawia, płynąc z tematu na temat, wysłuchując subtelnych anegdot, wyciszając się i robiąc miejsce na jego opowieści o robieniu nalewek z mirabelek, wyprawach na Krym czy architekturze Ursynowa. Dzisiaj podobnie. Zaczeliśmy niewinnie od pogody i o związanym z nią apetytem na coś dobrego i ciepłego. Pan profesor wyznał, że ma ogromną słabość do kuchni włoskiej, a szczególnie przepada za Lasagne. Powymienialiśmy się ulubionymi adresami i pan profesor wyraźnie się ożywił, zapominając o studentach i zajęciach. Przeszliśmy do tematu oper Trelińskiego, awangardowej i wspaniałej scenografii Kudlicki, literatury i Coetzego, którym się zaczytuje profesor, a ja owszem doceniam, ale nie przepadam. I wreszcie domu otoczonego stawami i malowniczymi pagórkami gdzie profesor mieszka i tworzy. - A wie pani, ja też bardzo lubię poezję - wyznał mi lekko speszony - która najlepiej smakuje mi rano. - O - zdziwiłam się - to mało refleksyjna pora, bardziej do poezji pasuje mi nostalgiczne, jesienne popołudnie. Rano to ja się zrywam nerwowo na nogi i walę kawę, żeby się w ogóle poruszyć. - O nie - żywo zaprzeczył - poranki są pełne spokoju i harmonii. Wie pani, ja mam godzinkę na wstanie, słońce mi wpada do okna, a ja sobie w łóżku poczytuje. Na Akademii inaczej się pracuje, ja tu nie muszę lecieć na ósmą rano i podbijać karty. Jestem szczęściarzem. No bo kto w dzisiejszych zabieganych czasach ma czas na czytanie poezji o poranku? Nieliczni szczęściarze:)
piątek, 16 października 2009
PIEGÓW ŻAL
Jak się okazało Fiołek zrobił mi uroczą urodzinową niespodziankę i zamiast czekać na mnie z różą w zębach - w Mandali przywitała mnie cała grupka znajomych buziek. Był Świr z Gosią, Kiwi, Maciejka, Maciek, Asia i Ata, Longer z Anetką. Zatkało mnie totalnie i wzruszka była na maksa. Siedzieliśmy do ostatniej lufy wódki, wylizywaliśmy ostatnie krople sosów plackami nan, rozprawiając na różne ważkie tematy. A dzisiaj wraz z kacem przywitała mnie gigantyczna samotność. Siedzę i szczękam z zimna zębami. Czuję całe zło świata, choroby, nieszczęścia, tragedie. Siebie też czuje, aż zanadto. W domu pusto. Gary do zmywania, pranie do zrobienia. Odkąd F. został kuchcikiem - zamiast filozoficznych rozmów do późnej nocy, w łóżku znajduję pachnące czosnkiem plecy. Zamiast ciepłej kołyski z ramion do spania, zmęczone i pocięte przy krojeniu pomidorów paluchy leżące bezwładnie na poduszce. Zamiast porannego dzieńdobry, uśmiechów i pocałunków, szybki całus i kawałek nogi, który mi mignie w drzwiach. Zamiast śmiechów, ciszę. Jakoś tak z dnia na dzień to się stało i oswoić się z tym nie mogę. Zupełnie mi nie przyszło do głowy, że tak bardzo będę tęsknić za naszą codziennością, choć znam te scenariusze bardzo dobrze. Żal mi też piegów, które z dnia na dzień znikają. Zima się zbliża definitywnie. Przypomniał mi się limeryk Debergeraca, z którym Was zostawiam. Nie smęce już, tylko wieje z tego pustego domu. Po pierwsze musi być piękna. A poza tym
musi częściej niż inne patrzeć w stronę nieba mrużąc zabawnie oczy. Nic więcej nie trzeba. Na takiej twarzy słońce spisuje poematy drobnym drukiem by czytać je z bardzo bliska, żeby nikt daleki nie dostrzegł tych słonecznych wersów biegnących od policzków, przez szyję, ku sercu pędzących smukłym ramieniem i skaczących w niebyt. Dobrze musi być zimą, przy ciepłym kominku na futrze białego niedźwiedzia lub na kocu w kratę czytać je w blasku ognia, linia za linijką - - na gładkiej, pachnącej skórze słowa piegowate spinające kunsztowną, rozgrzaną zapinką zielone dni wiosenne z rozpalonym latem.
czwartek, 15 października 2009
STARA I WYLUZOWANA:)
Śnieg w moje urodziny? Tego jeszcze nie było. Podobno nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Pamiętam natomiast jak 10 lat temu zajadałam się urodzinowym tortem ubrana w krótkie szorty. Obchodzę ostatni rok bycia dwudziestolatką. Klasyk. Nie ja pierwsza nie ja ostatnia. Normalna, odwieczna rzecz - przemijanie. Co roku maluje w głowie autoportrety. Przeglądam je czasem i patrzę na metamorfozy. Przybywa mi zmarszczek, ale nie ubywa pragnienia poznania siebie i świata. Cieszę się samą drogą. Chociaż nie należę do najcierpliwszych - nigdy nie jestem w stanie doczekać do zielonego światła i przechodzę na czerwonym - to rozumiem już, że sama droga jest celem, nie cel sam w sobie. Więcej we mnie akceptacji i wyrozumiałości. Poza tym czuję się bardzo kobieco. Na dowód tego, mam fidbak z ulicy, która nigdy nie reagowała na mnie równie żywiołowo. Cieszę się swoim ciałem, na równi ze studentami rzeźby, którym pozuje:) Wczoraj wystąpiłam nago w filmie, który będzie promować Polskę podczas EXPO w Shanghaju 2010. Po zdjęciach podszedł do mnie asystent; - a pani to zawodowo zajmuje się modelingiem? - nie, przypadkowo, a dlaczego pan pyta? - a bo pani taka wyluzowana:) Dzisiaj na zajęciach było pełne zaskoczenie. Wino i kwiaty dla modelki. Profesor opowiadał różne anegdotki, min przestrzegł mnie przed nadmiernym spożyciem, bo w zeszłym tygodniu, w skutek nieostrożnego schodzenia po schodach modelka(zresztą baletnica) złamała rękę w sąsiedniej pracowni. Ja póki co mam dużą radochę z tego zajęcia. Polecam każdemu:) A teraz zbieram się na urodzinową kolację z Fiołkiem, którego poznałam równo rok temu. To był prezent na urodziny:)
niedziela, 11 października 2009
PARISTETRIS ZAJEBOLA
Potrzebę weekendowych rytuałów zachowałam z czasów, kiedy codziennie rano wybiegałam z domu na szpileczkach z żalem zamykając drzwi do mojego małego przytulnego mieszkanka. Za każdym razem pocieszając się, że jak tylko przyjdzie weekend to sobie wynagrodzę tyranie na etacie. I tak do dziś synonimem rozpoczęcia soboty jest lektura "Wysokich Obcasów". Wczoraj z sympatią przeczytałam wywiad z Ziomecką. Jak mało kto w tym kraju - bardzo szczerze przyznaje się do swoich słabości, błędów, niewiedzy. Totalnie bez kompleksów. Przyjemna odmiana od smrodku neurozy i frustracji choćby sączącego się z wywiadu, też niedawno w WO, z Kayah, która podobnie jak Doda uważa się za najlepszą artystkę polskiej sceny muzycznej, nierozumianą, niedocenioną, wręcz prześladowanąi szykanowaną przez środowisko. Z żalem przyznaje, ale zadziwiła mnie jej pycha, nie mówiąc dosadniej głupota. Pani Kayah nie ma pewnie bladego pojęcia, że poza muzycznym mainstreamem aż buzuje od talentów, świetnych, świeżych oryginalnych pomysłów. I dobrze, zostawmy ją w błogiej nieświadomości, niech sobie trzaska dalej te kamienie i skały. Ja wolę posłuchać alternatywnego, improwizowanego grania artystów związanych z wytwórnią LADO ABC. Wczoraj byłam na koncercie ParisTetris i jestem porażona. Założycielem jest Marcin Masecki, pianista totalny, mimo młodego wieku deklasujący wszystkich jazzowych pianistów z Możdżerem na czele, którzy w porównaniu do niego latają za własnym ogonem i odcinają kupony od miłej, plumkającej klasyki. Masecki dekonstruuje, przewraca, składa na nowo, ustalając zupelnie nową erę pianistyki. Jest przy tym scenicznie uroczo autystyczny, wprawiając publiczność w zaniepokojenie swoim zachowaniem. ParisTetris tworzy razem ze swoją śpiewającą żoną, importowaną z Buenos Aires - drobną, przuroczą, dziewczęcą Candelarią Saenz Valiente, która wydaje się być mieszanką łobuziarskiej Bjork i charakterystycznej Giulietty Masiny, żony Feliniego. Na perkusji towarzyszy im szalony Macio Moretti, człowiek orkiestra, prawdziwy kowboj z Mazowsza. Całość to jakiś totalny wybuch supernowej. Zamieszanie, szaleństwo, eklektyzm, humor, slapstick, trzeszcząca elektronika. Słowem wyobraźnia, talent, potencjał. Duża rzecz.
sobota, 10 października 2009
NA CO CI TE DŻENDERY?
Wokół tematu krążę od dawna, czytam, obserwuje, szukam. Wreszcie przyszedł czas na pogłębienie wiedzy i większe zaangażowanie. Od dziś jestem studentką podyplomowych Gender Studies na UW. Jestem podekscytowana na maksa i dzielę się ze wszystkimi moją decyzją. Łącznie z mamą. - Zapisałam się na Gender Studies. - Basiu, po co ci te dżendery? Ty lepiej ucz się języków. Zapisz się na jakieś językowe studia. - Ale ja nie mam takiej potrzeby. - Aha - mama zawiesza głos, po czym pyta przerażona - ale... ty chyba nie chcesz zostać feministką? I to jest kolejny powód, by na takie studia iść:)
piątek, 09 października 2009
ZAZDROŚĆ O PRZESZŁOŚĆ
Należę do filmofilów, którzy lubią wracać do swoich ulubionych filmów x razy. Ostatnio zarykiwałam się znów przy "Dwa dni w Paryżu", która może i jest komedią romantyczną, ale też wnikliwym zapisem związkowych paranoi, konfliktów płci, ruchomych granic wolności pomiędzy kochankami. W skrócie - para z dwuletnim stażem postanawia spędzić romantyczny weekend w Paryżu, który przy okazji jest rodzinnym miastem ukochanej. On będzie musiał zmierzyć się z jej przeszłoscią i ex-kochankami, na których będą wpadać na każdym rogu ulicy. Reżyserka i odtwórczyni głównej roli Julie Delpy bezlitośnie, ironicznie, ale też ciepło i dowcipnie szkicuje moment w życiu pary, kiedy mija pierwszy zachwyt i przekonanie, że jesteśmy stworzeni dla siebie, a pojawiają się wątpliwości i trudności z zaakceptowaniem ukochanej osoby wraz z jej wadami, przeszłoscią i błędami, które popełnia. Ale największy problem tkwi w naszej zazdrości. Bo i w jej odczuwaniu się nieco różnimy. Mężczyźni specjalizują się w zazdrości o przeszłość. W zazdrości irracjonalnej. Potrafią nurkować do początków naszej przygody z sexem, drżą na myśl, że miałyśmy lepszych kochanków niż oni, dostają wysypki, kiedy wpadamy na naszych exów. Wydaje im się, że najlepiej by było wziąć kobietę z lasu, marzą o świętej dziewicy, ale niekonsekwentnie, bo ta nie spełni przecież ich wyrafinowanych fantazji seksualnych. Kobieca zazdrość natomiast osadzona jest w teraźniejszości. Żadna z nas nie lubi kiedy on ogląda się za innymi, flirtuje z koleżankami na imprezie, robi sobie dobrze z wypiętymi w internecie pośladkami, które przecież nie należą do nas. Serce nam wtedy cierpnie, bo okazuje się jednak, że nie jesteśmy tymi jedynymi jak deklarował na początku. Niejeden związek rozpadł się przez strach. Z kolejnych przygód wychodzimy poranieni, rozczarowani, trudno nam zaufać po raz kolejny, wypatrujemy felerów by utwierdzić się w przekonaniu, że idealna miłość, idealny partner nie istnieje i chyba w ogóle te związki nie mają sensu. Szarpiemy się, kłócimy, walczymy. A wystarczyłoby zrozumieć, że im więcej wolność tym więcej bliskości. Zaufać, zgodzić się na zmienność i nieobliczalność świata, ludzką terminowość i niedoskonałość. Sobie i wszystkim życzę powodzenia, a do Paryża strasznie chciałabym znów pojechać! :)
czwartek, 08 października 2009
POZYCJA NA TRUPA
Wokół ASP od niepamiętnych czasów krążą legendy. Że bohema, dekadencja, wolna miłość, imprezowe maratony. W końcu artyści, istoty zawieszone pomiędzy ludzkim łez padołem, a boskim absolutem. Na razie zbieram dowody. Po pracowni walają się puste butelki, wszyscy bez krempacji jarają, robią sobie herbatki i kawki. Dzisiaj kolega oznajmił, że nie będzie o 16 ej na zajęciach, bo umówił się ... na popołudniowy sex. Poza tym praca idzie pomaluszku, bo dopiero znaleziono dla mnie odpowiednią pozycję. Siedzę na drabinie na wysokości dwóch metrów nad ziemią, w pozie przypominającej sfruwanie na ziemię. Zastanawiano się co prawda, czy jednak nie powinnam leżeć z filuternie zadartą głową, ale towarzystwo w końcu orzekło, że w tej pozie panuje "cisza", a poza tym nie wykorzystuje odpowiednio moich "długości". Wiszę więc i sfruwam, podsłuchując różne ciekawe sformułowania, poglądając zamachujące się siekierami studentki. - ale mamy pozycje ... - wysapuje student z pracowni obok, który wpadł by odrobinę ponarzekać kolegom przy papierosku - a co za model, ten sportowiec? - pytają moi - taa, no ciało ma fajne, ale ta pozycja, którą wybrali? Na trupa. Nic się nie dzieje. To się jeszcze zobaczy. Zostaje na pozycji i dalej szukam odprysków dekadencji. A może to już nie te czasy?
wtorek, 06 października 2009
POZUJE NAGO, OD 10-EJ DO 13-EJ
Okres dojrzewania przesycony jest fantazjami. Po pierwszym zachłyśnięciu się seksem, podniecają marzenia o pracy w agencji, z której, jak się wtedy wydaje, korzystają oczywiście tylko przystojni, młodzi faceci o nienagannych ciałach. Chcemy być okrutnymi femme fatale, wdeptującymi męskie serca w zaplute warszawskie chodniki, zimnymi uwodzicielkami, czy sączącymi słodycz zmysłowymi kochankami w typie Merlin Monroe, którym liczni kochankowie i adoratorzy podarowują drogocenne prezenty. Kiedy stajemy się świadomymi kobietami, rozróżniającymi archetypy dziwki, matki i dziewicy, kobietami bez winy i wstydu, raczej szukamy partnerstwa niż gwałtu. Nie mamy już dylematów pt Madonna czy prostytutka. Choć różnie z tym bywa. Pamiętacie film "Piękność dnia" Luisa Bunuela, z niezapomnianą Catherine Deneuve? Piękna i kochająca męża Catherine nie czuje się jednak zaspokojona w związku. Szukając wentyla dla swoich erotycznych, sadomasochistycznych fantazji, ląduje w ekskluzywnym domu schadzek jako tytułowa Belle de jour. Przy takim scenariuszu moje skromne marzenia są naprawdę niewinne. Otóż jako nastolatka chciałam być... muzą artystów. Zaczytywałam się w biografii Isadory Duncan - charyzmatycznej tancerki, pod urokiem której byli wspołcześni jej artyści. Romansowała, szokowała, inspirowała do momentu kiedy szal malowniczo powiewający na jej szyi, wkręcił się w koła samochodu i pozbawił ją życia. Równie tragicznie, ale też romantycznie poniosła śmierć z rąk kochanka druga moja idolka- Dagny Przybyszewska - muza artystów XIX wieku. Od 10ej do 13ej pozuje młodym rzeźbiarzom. Zajęcie bez stresów i odpowiedzialności. Razem z ubraniem zrzucam bowiem cały egzystencjalny ciężar, a w dodatku spełniam ekshibicjonistyczne potrzeby. A wszystko dla sztuki. Czyż nie pięknie? |